Siłuję się z kijkami, żeby odczepić zimowe końcówki. To podobno obciach biegać z nimi latem. Dla mnie to nie ma większego znaczenia, ale zawsze to mniej do noszenia, a przy stu kilometrach chyba każdy gram robi różnicę. Walczę więc dalej, jak ten tłuk, co nie pomyśli, tylko próbuje wszystko robić na siłę. No i trach. Masz babo placek. W dzień wyjazdu do Krynicy łamię kijek… Na szczęście w ruch idzie nagle przebudzona z letargu pomysłowość i taśma izolacyjna.