Wrażenia z ŁUT 150: „O niebo łatwiej niż przed rokiem”

 

Wrażenia z ŁUT 150: „O niebo łatwiej niż przed rokiem”


Opublikowane w pon., 26/10/2015 - 12:46
Pogoda znacznie się poprawia, coraz więcej niebieskiego nieba, słoneczko mocniej przygrzewa. Na zbiegu wyprzedzam kilku biegaczy, doganiam Jarka, który wyruszył 10 minut przede mną z Bartnego. Jak mamy w zwyczaju, nie rozmawiamy wiele. Jarek planuje pierwszy krótki sen w Chyrowej, ja rezerwuję czas na sen nocą w Puławach Górnych.

Na punkcie jestem 13:52. Zabieram worek, czyszczę przed wejściem buty z błota i wchodzę śpiesznie do restauracji na ciepły obiad. Dziś w menu dla biegaczy gulasz lub makaron, można zamówić oba dania w połowie porcji, nieco skromniej niż przed rokiem. Dobieram piwko, zwyczajowo z podwójnym sokiem. Rozkładam się na zewnątrz w słonecznym kąciku.

Jedząc, równocześnie zmieniam buty, skarpety, sudokrem na stopy, wyglądają wyjątkowo „ładnie” po 80 kilometrach, jest dobrze. Kolano po zbiegach podmęczone, nie zaglądam czy spuchnięte, biorę przeciwbólowy, częstuję uradowanego niemal sąsiada. Wyjście na trasę zaplanowałem na 14.45 i tak startuję. Chcę przed zmrokiem dotrzeć jak najbliżej Iwonicza Zdrój. Lekki trucht dla ułożenia posiłku, pod cerkwią zatrzymuję się na zrobienie zdjęcia.

Z naprzeciwka podbiega kolega poznany na podejściu na Kamień. Zgubił szlak, nie był jeszcze na punkcie kontrolnym, jak nic godzina w plecy. Życzę powodzenia, współczuję, musi boleć taka strata.

Jeszcze pełny żołądek, posiłek niech się ułoży, więc w wolnym tempie zdobywam Kamienną Górę. Słońce przyjemnie ogrzewa plecy, oczy raduję widokami. Koniec leniuchowania, słońce coraz niżej, szybki zbieg do Nowej Wsi. Przez drogę krajową przejście asystuje wolontariusz w dobrym humorze. Do Iwonicza masz 12 kilometrów - rzuca na pożegnanie.

Cergowa nuży swoim długim podejściem. Odpoczywam po drodze kilka razy dla uspokojenia oddechu, podobnie jak kilku współtowarzyszy. Nie widać końca wspinaczki. Gdy już wydaje się, że osiągam szczyt, za wzniesieniem ukazuje się kolejne podejście. Zbieg daje miłe odprężenie po wspinaczce.

W Lubatowie spora grupa biegaczy, robią zakupy w sklepie, maszerują grupkami. Podbiegam jak najczęściej, klepiąc asfalt zdobywam cenne metry. Do Iwonicza trasa przebiega drogą, spory ruch i wąskie pobocze, ciemno, wkrada się niekontrolowane podenerwowanie na szoferów, że licho ich przyniosło i muszę im ustępować. Po wyjściu na Żabią spoglądam na zostający daleko w tyle majestatyczny, zasypiający w mroku, masyw Cergowej, nieco ponad 700m n.p.m, a dałaś w kość pomyślałem z szacunkiem.

Przysypiam

Do Iwonicza zbiegam żwawo wyprzedzając kilku biegaczy nie lubiących asfaltu - cieszą się z przekroczenia „stówy” i 2/3 trasy. Z dala słychać w amfiteatrze odgłosy festynu, muzyka, spiker wita przybywających wyczytując imię, nazwisko, motywuje biegaczy wyruszających w trasę. Zaskoczony jestem bardzo przyjemnie. W zeszłym roku punkt był dalej, w centrum miasta, pod restauracją. Ten wydaje się idealnie dobrany, więcej miejsca, ławki, jest gleba do spania, wolontariusze z Ultra Podkarpackiego z uśmiechem na twarzy spełniają kulinarne życzenia.

Podwójna herbata z dużym cukrem, bułka na stojąco, dodatkowe pół w rękę, nie odpoczywam, ruszam dalej. Posilony w sam raz, z marszu przechodzę do truchtu. Po drodze, w otwartym jeszcze sklepie kupuję baterie do czołówki, Tigera na wszelki wypadek, ruszam z postanowieniem szybkiego dotarcia do Puław. Mocne podejście nie rozgrzewa, zakładam zimową czapkę, buffa, kurkę z kapturem i wreszcie czuję termiczny komfort.

Po niecałej godzinie jestem w pustym o tej godzinie Rymanowie. Dogania mnie nieznany biegacz, z kolei „my” doganiamy biegnącą parę i w czwórkę, rozmawiając przemierzamy pod Suchą i Mogiłę. Od Wisłoczka do Puław znowu sporo asfaltu, można podkręcić tempo, co skrzętnie wykorzystuję podbiegając jak najczęściej. Przy podejściu, od Puław Dolnych robię się senny, „przysypiam” na sekundy, zamykam oczy na kilka kroków, kontrolując przemieszczanie, ciało upomina się o krótką drzemkę.

W stacji narciarskiej starzy, dobrzy znajomi, wolontariusze: Aga Dyziowa, Dionizy (Ambasador Festiwalu Biegów), Kajetan - kompan siedemdziesięciu kilometrów z ŁUT 150 z poprzedniego roku.

Wcinam łapczywie wspominaną przez rok zupę dyniową, podwójny żurek, kawę do stolika przynosi uśmiechnięta Aga. Kładę się na ławce, budzik nastawiam na 20 minut. Po kwadransie próby snu, urywa mi się film na kilka sekund, o 10 minut przedłużam czuwanie.

Kolejna kawa od Agi, żegnam się ciepło i w drogę. Zrobiło się bardzo wietrznie, wyjście na nieosłonięte lasem Skibice nie rozgrzewa, wiatr wychładza skutecznie. Naciągam kaptur. Księżyc towarzysz po prawej ręce, nisko nad linią grzbietów Beskidu, duży, blisko pełni i gwiaździste niebo dodają nieco sił. Przede mną i za mną kilkanaście osób, otwarta przestrzeń, czerwone i białe światełka w rozciągniętej karawanie.

Polecamy również:


Podziel się:
kochambiegacnafestiwalu
kochambiegacwpolsce