Wrażenia z ŁUT 150: „O niebo łatwiej niż przed rokiem”
Opublikowane w pon., 26/10/2015 - 12:46
Ruszamy
Z małym opóźnieniem, tuż po północy gromada świetlistych żuczków rusza na czerwony szlak. Na pierwszych kilometrach spory tłok. Zaskakuje mnie dość suchy szlak jak na opady z ostatnich dni. W pamięci zakodowana błotna maź od początku biegu.
Na pierwszym punkcie w Hańczowej jestem po trzech godzinach z groszami, o dwa kwadranse szybciej niż przed rokiem, ale to przez mniej błotnisty szlak, bo w nogach zupełny brak świeżości po niedawnym BUT 260. Słone orzeszki, ciastko na szybko, izotonik do kubka i w drogę.
Chłodno, lekko mży, szybki marsz w kierunku na Kozie Żebro rozgrzewa po kilkunastu minutach. Po drodze sporo strumieni i małych rzeczek. W tym roku jakby niższy poziom wody, praktycznie suchą stopą pokonuję większość z nich.
Bardzo ostry zbieg z Koziego Żebra oznakowany ostrzegawczo. Całkiem przyjemnie się zbiega w tym roku, jest raczej sucho, a cross-butki dobrze trzymają. Następna góra to Rotunda z tajemniczym, ciekawym cmentarzem z okresu I wojny światowej. Próbuję zrobić zdjęcie, ale zbyt ciemno. Po zbiegu, na 33. kilometrze, przed wejściem na Popowe Wierchy lotna kontrola, spis zawodników.
Z wolna wstaje dzień, rozjaśnia się, łatwiej pokonywać trasę i można wreszcie nacieszyć duszę widokami, podziwiać złotą jesień w Beskidzie. Na drodze pod Wołowcem dostaję propozycję podwózki od wesołków z GOPR-u obstawiających bieg. Pożartowaliśmy sobie przez dobre 200 metrów, dostaję zapewnienie, że do kolejnego punktu na 48. kilometrze – Bacówki Bartne zostało mi 30 minut.
Pespektywa krótkiego odpoczynku, ciepłego posiłku dodaje sił na podejściu. Pomidorowa z kubka na herbatę smakuje wyśmienicie, dwa razy staję w kolejce po repetę. Dobijam colę z wodą do bukłaka, małą kawa, banan, pogaduszki ze znajomymi z różnych biegów, bez rozsiadania, czas witać dzień mocniejszym napieraniem.
Tuż za punktem „znane” mokradła. Tu nic się nie zmieniło, o suchej stopie czas zapomnieć. Kombinuję przez pierwsze mniejsze topiele, potem rozpęd, z okrzykiem bojowym, w pełnym biegu pokonuję kilkadziesiąt metrów bagniska.
Kolejne kilkanaście kilometrów do Przełęczy Hałbowskiej zajmuje mi poniżej 3 godzin. Tu jak rok temu pyszne bułki, ciepła herbata. Siadam na dwie minuty, w nogach dopiero 65. kilosów, ale ciężko wstać. Porywam ze stolika jeszcze pół bułki na drogę i powoli, z nogi na nogę ruszam na Kamień.
Do Chyrowej tylko 15 kilometrów z jednym mocnym podejściem na Łysą Górę i Polanę, ładuję psyche studiując profil trasy.


