UTMB. 136 kilometr. Skoro jest dobrze, to dlaczego jest źle?

 

UTMB. 136 kilometr. Skoro jest dobrze, to dlaczego jest źle?


Opublikowane w sob., 03/09/2016 - 16:28

4. O tym jak zarządziłem drzemkę, o tym jak zaczęło być ciemno i groźnie i o tym jak uznałem, że czas kończyć zabawę.

La Fouly – 110. kilometr trasy. Włochy się skończyły, jesteśmy w Szwajcarii. Znam te kąty. Byłem tu już nie raz gdyż przez wymienioną miejscowość prowadzi bieg Trail Verbier – St. Bernard na 110. kilometrze, w którym kilkukrotnie uczestniczyłem. Gdy dobiegam do punktu jest wczesne popołudnie. Słońce jeszcze smali, ale już nie tak mocno. Tu i ówdzie można znaleźć cień. Pytam panią z obsługi, ilu biegaczy już tu było. Tak około 350 - odpowiada. Wygląda na to, że w zasadzie ściganie się dla mnie skończyło, wynikiem szału nie zrobię, ale skończyć trzeba.

W La Fouly zarządzam dłuższą przerwę, ze 40 minut. Po pierwsze - do mety jeszcze 60 km i chcę nieco więcej podjeść, aby nabrać energii. Po drugie - chcę zdjąć buty, wysypać kamienie, zdjąć i wytrzepać skarpetki, obejrzeć stopy. Oględziny wypadają nadzwyczaj optymistycznie. Żadnych odcisków, krwiaków pod paznokciami. Najedzony, bez skarpetek i butów, które suszą się i wietrzą podobnie jak stopy kładę się na podłodze nastawiając budzik na za 30 minut. Taka mikro-drzemka przed drugą nocą może się przydać.

Budzę się bez budzika bo i sen na asfaltowym podłożu i z rękawiczkami pod głową głęboki nie był. Podnoszę zmęczone oczy i widzę, jak jakaś Pani ogląda wnętrze przez półprzezroczystą ścianę namiotu. Kojarzy mi się z weselem brata ze 30 lat temu na pewnej poleskiej wsi, kiedy miejscowe gospodynie niebędące weselnymi gośćmi przyszły pod remizę i zupełnie bez skrępowania przyklejały nosy do szyby w oknie oglądając z zewnątrz, jak się bawią goście.

W La Fouly Pani wygląda podobnie. Nagle z uśmiechem spogląda na mnie, pokazuje palcami gest „tyci, tyci” i puka się w skroń. No tak, może i rzeczywiście jesteśmy ciutkę nienormalni.

Ubieram skarpety, buty i lecę. Jest już w miarę znośnie. Energia nieco wróciła, truchtam sobie po płaskim i w dół, może nie za szybko, ale co jakiś czas kogoś wyprzedzam. Rozmawiając z poznanym po drodze Amerykaninem docieram do Champex-Lac. To charakterystyczna miejscowość z górskim jeziorem, obok którego biegniemy. Tu też jest ładnie. Znowu robię zdjęcia, nagrywam filmy. Tym razem w towarzystwie Łotysza biegniemy łagodnie w dół rozmawiając o dalszym przebiegu trasy. Zostały trzy górki, już niezbyt wysokie. Przypadkowy kompan już tu biegł CCC i twierdzi, że tylko ostatnia jest trudniejsza. Na tym etapie jestem przekonany, że ukończę. Byle jak, ale do mety dotrę. Nic nie zapowiada mających nadejść trudności.

Podchodzimy na pierwszą, z trzech ostatnich gór. Jest wieczór. Nadchodzi burza. Zaczyna padać, potem lać; szlak spływa wodą i błotem. W butach zaczyna chlupać, czuję, że lekkie łaskotanie z tyłu Achillesa w mokrym środowisku zaczyna się przeradzać w otarcie. Na razie nie zwracam na nie uwagi. Tę przykuwa coś innego: pioruny. Wydają się tłuc akurat w górę, na którą wchodzimy. Na razie jesteśmy jeszcze w lesie, ale ścieżka prowadzi ciągle wyżej i wyżej; w kierunku łąk, ponad poziomem lasu. Zaczyna być ciemno, mokro i coraz bardziej niebezpiecznie.

Na tym podejściu otaczają mnie już inne osoby. Łotysz był szybszy i wyrwał do przodu. Jest za to Francuz i dwoje Niemców. Ci ostatni przycupnęli pod drzewem zastanawiając się, czy w takich warunkach wchodzić wyżej, czy dzwonić do organizatora, bo jest niebezpiecznie i z pytaniem, co mają robić. Ostatecznie wszyscy idziemy dalej.

Z czasem, blisko najwyższego punktu natrafiamy na pobudowaną przy szlaku chatę jakiegoś farmera. Deszcz, pioruny – w takich okolicznościach pojawia się wśród nas naturalna myśl, aby się schronić pod dach i przeczekać burzę. Staram się przekonać Francuza, aby poszedł do chaty i zapytał właściciela o pozwolenie. Ten, z angielskim będąc na bakier trochę gestami, trochę słowami wyjaśnia po dłuższej chwili, że ów farmer nie lubi „trailers”. Rzeczywiście - dociera do mnie. Na ogrodzeniu zniechęcająca do wejścia tabliczka „private”; a farmer stoi w drzwiach i tylko patrzy. My tu na deszczu, pioruny jakieś, a on nic. Żadnego „chodźcie do mnie! Schowajcie się!”. Żadnych zapraszających gestów. Tylko stoi pod strzechą i obserwuje. Rzeczywiście, chyba lepiej się do niego nie wpraszać. Idziemy dalej.

Wkrótce, tuż za najwyższym punktem szlaku znajdujemy chatkę sędziów. Siedzą w niej oni sami, pomoc medyczna i ze 30 zawodników. Wszyscy jak sardynki w puszce. Większość usiłuje bezskutecznie wysuszyć namoczone ciuchy i się ogrzać. Nie ma gdzie usiąść, można tylko stać. Spędzam tam około 10 minut rozmawiając z dwoma spotkanymi Polakami. Obsługa widząc, że ludzie nie kwapią się do wyjścia a nowi ciągle nadchodzą i zaczyna być coraz ciaśniej ogłasza uroczyście w języku francuskim i angielskim, że deszcz i burza już się skończyły i można ruszać dalej. Rzut oka przez drzwi wystarcza, aby przekonać się, że taka ocena sytuacji jest dalece na wyrost, bo nadal pada tylko mniej a i błyski piorunów ciągle widać, tylko dalej. W końcu widząc bezsens dalszego pozostania w tym miejscu ruszam na szlak z jakąś Francuzką.

W nocy, z czołówkami na głowie zbiegamy błotno-kamienistą ścieżką do Trientu. Ostatniej miejscowości po stronie szwajcarskiej, punktu położonego na 142. kilometrze trasy. Gdy tam dobiegam, dochodzi godzina 22 w sobotę. Na trasie jestem już 28 godzin, do mety jeszcze 28 kilometrów. Biegnę na 260. pozycji. Szacuję swoją sytuację, prognozowany wynik i miejsce na mecie. Wychodzi na to, że nie uda mi się wejść ani do pierwszej setki zawodników, ani złamać trzydziestu godzin. Tylko osiągnięcie takich minimów byłoby z mojego punktu widzenia i w odniesieniu do mnie samego satysfakcjonujące. Wszystko, co poza tym, z punktu widzenia wyścigowego, czy 150. miejsce czy 550., czy samo tylko ukończenie w limicie nie ma dla mnie znaczenia.

Taka ocena zniechęca do dalszej rywalizacji, ale przecież nie sama rywalizacja z upływającym czasem i innymi się liczy. Jeszcze piękne alpejskie widoki, zwiedzanie trasy. Tu też nie było na co liczyć. Dwie ostatnie góry „zwiedzone” nocą, podczas deszczu i burzy to średnia przyjemność. Z resztą jedną z tych dwóch trochę znam, bo Catogne kiedyś zdobywałem podczas X-Alpine.

Biorąc pod uwagę słabe perspektywy obu elementów, tego wyścigowego i tego turystyczno-krajoznawczego postanawiam zejść z trasy. To koniec.

Następnego dnia spaceruję po Chamonix, spotykam Polaków, którzy ciągle dobiegają na metę. W głowie pojawia się myśl, że jednak przyjemnie jest ukończyć. Może nie trzeba było tak na gorąco rezygnować, tylko odpocząć w Triencie i ruszyć dalej. Albo nawet przespać do rana 8 godzin i już za dnia, kulturalnie, bez pośpiechu i wesoło ruszyć na ostatni etap licząc tylko na ukończenie w limicie. Czasu było przecież full. Może i było warto tak zrobić, a może i nie. Teraz nie ma to znaczenia.

Jeszcze tego samego dnia, w niedzielę, jadę busem z Chamonix na lotnisko w Genewie. W busie zagaduje mnie Chińczyk o rzadkich wąsach. Opowiada, że Japończyków było na imprezie około 400, Chińczyków około 300 z Chin właściwych i około 100 z samego Hong Kongu. Ciekawe, jak bardzo ta europejska impreza jest wśród Azjatów popularna.

Mój rozmówca na wieść, że jestem Polakiem kiwa poważnie i dostojnie głową niczym stary mistrz kung-fu poczym zaczyna wymieniać nazwiska Polaków, których zna. Papież? Wałęsa? – a skąd! Pierwsze, które wymienił to… Andrzej Bargiel, polski skialpinista, znany między innymi z rekordowego czasu wbiegu na Elbrus. Wszedł także na Sziszapangmę, aby następnie zjechać w dół na nartach. Chińczyk wspomina też o Kukuczce. Takich mamy ambasadorów na świecie.


Polecamy również:


Podziel się:
kochambiegacnafestiwalu
kochambiegacwpolsce