UTMB. 136 kilometr. Skoro jest dobrze, to dlaczego jest źle?

 

UTMB. 136 kilometr. Skoro jest dobrze, to dlaczego jest źle?


Opublikowane w sob., 03/09/2016 - 16:28

2. O samym wzruszającym starcie, o liczy-butach i o pierwszej śmierci

Piątek, 26 sierpnia, Chamonix, Francja. Tuż przed osiemnastą. Jest słonecznie, ciepło. W centrum miasteczka – tłumy. Dwa tysiące zawodników, ich rodziny i kibice. Ludzie z całego świata, bardzo dużo Azjatów. Powiewają flagi różnych państw. Jakaś piękna tancerka w białej sukni tańczy przed zgromadzonymi na linii startu biegaczami z elity. Konferansjer pompuje emocje przed sygnałem startowym. Podaje, że jest 12 państw, z których jest co najmniej 100 uczestników. Wśród nich Polska. Rzeczywiście, Polaków jest sporo. Jest nawet polska telewizja...

W końcu pojawia się TEN charakterystyczny element: „Conquest of paradise” Vangelisa. Muzyka zwiastująca rychły start. Już kilkukrotnie byłem na alpejskich biegach, myślałem, że nie będę się tak wzruszał jak za pierwszym razem, ale gdy ponownie stoję pod kościołem na placu w Chamonix, gdy spoglądam w górę na biały, jęzor lodowca wychodzący spomiędzy ostrych jak zęby skał, znowu szklą mi się oczy ze wzruszenia.

Nie ma się co rozklejać. Ruszamy i jest to start żywiołowy. Tłum rusza wąską uliczką miasteczka, zza ogrodzeń wystają ręce chcące przybić piątkę z ultrasami. „Allez! Allez!”. Gwizdy, dzwonki, krzyki. Tłum wiwatuje a my powoli, lekkim truchtem przeciskamy się do przodu. Ten moment w wielu przypadkach weryfikuje poprawność spakowania plecaka. Biegnę, a tu brzdęk – czyjaś komórka wypada na ulicę, odpada z niej obudowa. Chcę się zatrzymać, podnieść, podać, ale skąd – nie ma szans. Dziki tłum niczym wezbrana fala prze do przodu, telefonu już nie widać, tego co go zgubił także. Chwilę dalej widzę na ziemi jakiś nienapoczęty żel. Potem też wydrukowana na kolorowo kartka z profilem trasy. Tę, ładnie zalaminowaną podnoszę i zabieram dla siebie bo moja jest brzydsza. Przychodzi mi myśl, że ktoś, kto przeszedłby się za takim dzikim peletonem mógłby uzbierać niezłą kolekcję różnego wyposażenia.

Pierwsze kilometry to rozbiegówka po w miarę szerokiej drodze, potem pierwsza górka – Le Delevret zmuszająca do wspinaczki 700 metrów w górę a następnie zbieg 900 metrów w dół, do Saint Gervais. Po drodze, w wąskich gardłach siedzą ludzie patrzący na nogi biegaczom i w pośpiechu dyktujący swoim skrybom: „Salomon! Brooks! INOV-8! Hoka! Asics! Adidas!” itd. – najwidoczniej prowadzą jakieś statystyki, w jakich butach biegają uczestnicy UTMB. W Saint Gervais dochodzi godzina 21, dosięga mnie noc. To 21 kilometr, to tu zatrzymano nas w 2010 roku. Dalsza część trasy to dla mnie terra incognita. Cały ten etap i następne kilometry truchtam i podchodzę spokojnie kręcąc się w okolicach 1000 pozycji. Po drodze – jeszcze za dnia - robię zdjęcia i kręcę krótkie filmy zabraną mini-kamerą. Konkurenci mnie wyprzedzają, co niektórzy nawet szturmują pagórki podbiegając. Zerkam czasem na nich ze złośliwym uśmiechem myśląc – „zobaczymy ile będziecie mieć pary w nogach nad ranem”.

Kolejne około 50 kilometrów pokonuję nocą. Jej początek nie jest zły. Spokojny bieg, we francuskich miejscowościach tłumy kibiców, wrzaski, krzyki, ognisko, DJ grający imprezę, samochód z polską flagą. Na punktach regularnie podjadam bułki, plastry lokalnego, tłustego salami i żółty ser. Niestety, na każdym spędzam z 10 - 15 minut. Wychodzi tu ujemna cecha mojego ekwipunku. Przed startem niektórzy koledzy cmokali i mlaskali podziwiając jak dałem radę spakować cały obowiązkowy sprzęt do lekkiej, ale mało pojemnej kamizelki INOV-8. Udało się, ale minus był taki, że nie dało się do niej nic więcej wcisnąć oprócz 2-3 batonów. W związku z tym na punktach musiałem zostawać dłużej, aby się napić i najeść. Przed startem plan miałem jeszcze taki, aby trochę w ramach żartu zabrać ze sobą dużą reklamówkę z jakiegoś popularnego w Polsce hipermarketu i do niej pakować prowiant z punktów. Wyobraziłem sobie taką sytuację: wszyscy napierają, skupieni i zawzięci w sprzęcie za grube tysiące a tu naraz wyskakuje taki Paweł Pakuła - w garści trzyma reklamówkę z wizerunkiem biedronki. Byłoby śmiechu!

Fajnie jest się pośmiać, ale nie zawsze do śmiechu jest. Mi przestało być wesoło około trzydziestego kilometra. Co się stało? Odcięło mi prąd. Noc, ścieżka w miarę szeroka, łagodnie idąca pod górę w kierunku położonego na 39. kilometrze punkcie La Balme (1700m. n.p.m.) a ja „tropię węża”. Oczy mi się zamykają, nie mam siły, jestem wyczerpany, choć nie bardzo było czym. Ludzie mnie mijają i pytają zatroskani, czy wszystko w porządku. „Okej, okej” odpowiadam wkurzony przeczuwając, że wyścig się dla mnie skończy na 40 kilometrze. W oddali widzę punkt, do którego prowadzi wąż światełek. Umieram. Przypuszczam, że tam dojdę i zrezygnuję.

Jestem w końcu na miejscu. Klnę na głos po polsku myśląc, że i tak nikt nie zrozumie. Zaraz pojawia się obok rodak, któremu mogę ponarzekać, jak bardzo jest mi źle. Dochodzę do wniosku, że to chyba te bułki z wędliną i serem mi nie służą. Wciągam więc na próbę gorące rosoły z makaronem ustawione w plastikowych miseczkach. Nigdy na nich nie biegałem, nie wiem jak działają, ale - a nóż się uda? W końcu, cóż mam do stracenia. Sięgam też po gorącą kawę z cukrem, bukłaki napełniam ciepłą herbatą. Czekam chwilę, przebieram się i… hurra! To jest to! Żyję! Jak nowo narodzony! Mogę cisnąć dalej!

Już bez śladu niedawnego kryzysu lecę na czekające mnie wkrótce trzy szczyty wznoszące się na wysokość około 2500 metrów n.p.m.


Polecamy również:


Podziel się:
kochambiegacnafestiwalu
kochambiegacwpolsce