UTMB. 136 kilometr. Skoro jest dobrze, to dlaczego jest źle?

 

UTMB. 136 kilometr. Skoro jest dobrze, to dlaczego jest źle?


Opublikowane w sob., 03/09/2016 - 16:28

3. O kompanionach górskiej eskapady, o tym jak piękne są Alpy o brzasku i jak umarłem po raz drugi.

Noc w Alpach. Wysokość 2000 - 2500 metrów n.p.m., rząd światełek. Jest w miarę ciepło. Pod nogami kamienista ścieżka, czasem rumowisko luźnych skał, na których trzeba bardzo uważać. W jednym miejscu idziemy nawet przez połać śniegu. Na szczęście trasa jest bardzo dobrze oznaczona. Dodatkowym, wspomagającym oznaczeniem są napierający zawodnicy przed nami. Jest ich ciągle bardzo dużo. Nad ranem, około 60. kilometra, gdy ze zdziwieniem zauważam, że nawet po takim dystansie trasa potrafi się korkować dochodzi do mnie, dlaczego nie można puścić na raz więcej niż 2300 uczestników. Wówczas korki byłyby chyba do 100 kilometra.

Wiadomo, że wyścig na tak długim dystansie szybki nie jest. Czasem się biegnie, czasem idzie, jest czas na rozmowę z kimś obok. Wśród partnerów do konwersacji trafia mi się Amerykanin z polskimi korzeniami, Rosjanin, który jeździ po świecie, startuje w biegach ultra i triathlonie ultraman, zaliczył też Maraton des Sables. Był też szybki Łotysz, który zachował sporo sił na końcówce. Rozmawiamy o biegach, o pogodzie, o sprzęcie, o tym, co nas jeszcze czeka.

Osobna grupa to oczywiście Polacy, których kilku spotykam i zamieniam dwa słowa. Jeszcze w nocy spotykam kolegę, Grzegorza Uramka, który odpoczywa przy ścieżce z niewesołą miną. Zwycięzca pierwszej edycji Biegu Rzeźnika Ultra boryka się z problemami żołądkowymi i niestety, około 100. kilometra zejdzie z trasy.

Gdy wstaje świt zbiegam akurat do Lac Combal, punktu położonego na 66. kilometrze. Od startu przesunąłem się z 1000 w okolice 750. pozycji. Widoki – urzekają. Przepotężne skały, przepaście, lodowiec, poniżej mgła. Powoli, niemrawo wschodzi słońce. Alpy, na tym etapie po stronie włoskiej są po prostu prześliczne. Szemrzą spływające strumienie. Wyciągam kamerę, robię zdjęcia, kręcę krótkie filmy. Tracę czas, ale nie mogę się oprzeć.

Z czasem zdaję sobie sprawę, że to, co teraz wywołuje uśmiech i cieszy oko wkrótce zmieni się w koszmar. Słońce, gdy tylko wzejdzie wyżej i zacznie smażyć da się porządnie we znaki. Spodziewam się, że będzie prażyć już od rana, ale na szczęście los nas oszczędza. Stromy zbieg do Courmayeur (79. kilometr) udaję się zaliczyć jeszcze przy pochmurnej pogodzie. Potem jednak, po wyjściu z punktu, zaczyna się.

Ostre podejście na Refuge Bertone zaliczam sprawnie. Nieźle idzie też w miarę płaski bieg kilkanaście kilometrów do Arnouvaz. Dopiero tu, na 97. kilometrze podczas ostatniego dużego podejścia z 1700 metrów n.p.m. na położoną na wysokości 2500 metrów n.p.m. Grand Col Ferret przeżywam kolejne piekło. Jest akurat południe. Wchodzimy do góry ścieżką w miejscu, gdzie nie ma żądnych drzew a jedynie trawy. Słońce pali prostopadle do zbocza. Znikąd cienia a ścieżka wydaje się bez końca piąć trawersem w górę. Podchodzę coraz wolniej i wolniej. W końcu, co kilkadziesiąt - sto kroków robię przerwę, siadam przy ścieżce i zziajany łapię oddech. Jedynym, co w tym miejscu pomaga są chłodne strumienie. O, jakąż błogość powoduje zmoczenie w nich buffa i założenie na głowę. O, jak bardzo chciałoby się rzucić wszystko, wejść do wody i wykąpać. Ale nie można. To znaczy można, ale nie warto. Widzę, co prawda jednego odważnego, który wchodzi do strumienia w całości, w butach, ale przypuszczam, że za tę chwilę przyjemności wkrótce słono zapłaci, gdy od gorąca i wilgoci wykwitną mu na stopach piękne otarcia, odciski i okazałe kalafiory.

Przełęcz osiągam mozolnie człapiąc, mając w bukłakach resztkę wody. Pewnie nie tylko ja się z niej wypsztykałem – już z daleka przy ludziach z obsługi widać tabliczki informujące, że: po pierwsze primo - wody nie mają, po drugie primo - tylko skanują chipy i ewentualnie dysponują pomocą medyczną, oraz po trzecie primo – ultimo: następny punkt jest za tyle i tyle kilometrów. Nie warto się tu zatrzymywać. Trzeba pędzić dalej. Ponad 100 kilometrów już minęło, Jeszcze niecałe 70.


Polecamy również:


Podziel się:
kochambiegacnafestiwalu
kochambiegacwpolsce