150 gatunków błota, 150 rodzajów bólu. Moja Łemkowyna Ultra-Trail 150

 

150 gatunków błota, 150 rodzajów bólu. Moja Łemkowyna Ultra-Trail 150


Opublikowane w sob., 01/11/2014 - 20:46

Mijam stary łemkowski cmentarzyk i kapliczkę. Słońce pomału wstaje znad góry, barwiąc na rudo las na przeciwległym stoku. Podchodzę dosyć szybko na ostatnie wzniesienie, ale na grzbiecie jeden po drugim dochodzą mnie i przeganiają dwaj zawodnicy. Jak to się dzieje, że po płaskim idę wolniej, niż pod górę? Miałem nadzieję, że już nie będzie tyle błota, ale wiadomo, czyją matką jest nadzieja. Tempo mam rozpaczliwie wolne, przy każdym kroku chce mi się wyć z bólu, kondycyjnie też słabnę, chce mi się pić, drugi raz na tej trasie zaczyna mnie mulić, tym razem naprawdę mocno. Wreszcie koniec lasu, wielka łąka, pasą się konie, ostatnie podejście, wszystko się zgadza z mapą.

Zaciskam zęby i na autopilocie schodzę błotnistą drogą przez las. Kiedy to się skończy? Do limitu mam trochę ponad godzinę. Wyglądam zagęszczenia poziomic przed samą Komańczą. Kilka razy robi się stromiej w dół, tylko po to, by zaraz się znowu wypłaszczyć. Gdzieś w dole chyba co jakiś czas słyszę samochody. A może to szumi potok? Już mi wszystko jedno. W bok od ścieżki stoi jakiś zawodnik, zdejmuje plecak, schyla się, coś z niego wyjmuje. Kiedy podchodzę bliżej, okazuje się on... pniem drzewa.

Posuwam się krok za krokiem, z nieobecnym spojrzeniem, zogniskowanym kilometr przede mną. W takim stanie łapie mnie pierwszy fotograf. Czyli cywilizacja blisko. Chwilę potem stoi następny. Mówi mi, że zaraz szosa i że za 15 minut będę na mecie. Samo strome dojście do asfaltu, które normalnie zbiegłbym w kilkadziesiąt sekund, zajmuje mi kilka minut. Od spotkanych na dole ludzi słyszę, że jakieś pół kilometra zostało. Wychodzę pod wiaduktem na główną drogę. Przejeżdża samochód organizatorów, biją mi brawo, ale według nich mam jeszcze... 1.5 km. Kręci mi się w głowie, mam ochotę usiąść. Zdejmuję plecak, żeby napić się wprost z wlewu bukłaka. Odkręcam, wysączam kilka kropli i... koniec wody. Nieważne że ustnik się rozwalił, jak po prostu było pusto. Próbuję podbiec, ale po kilku krokach się poddaję, krzywiąc się z bólu. Czy zdążę?

Pusta droga. Lekko pod górę. Nie widać skrętu. Żółte taśmy jak okiem sięgnąć prowadzą prosto. Krok. Za. Krokiem.

Spotykam dziewczynę z ekipy organizatorskiej. Tam za kościołem w lewo, jeszcze kawałek i meta! - słyszę od niej. Odpowiadam niewyraźnie coś, co chcę żeby zabrzmiało jak podziękowanie. Skręcam, uliczka prowadzi w dół do rzeki. Nie czuję nic. Zero endorfin, euforii, satysfakcji. Tylko ulgę, że już po wszystkim. Stoper pokazuje 34 i pół godziny. W prawo na łąkę. Jak przez mgłę widzę i słyszę powitanie i wiwaty ekipy na mecie. Dla formalności przechodzę w trucht, unoszę ręce w górę i przebiegam przez kreskę.

* * * * *

Meta jest bardzo kameralna, ale jakaś taka... ciepła. Ekipa zwyczajnie bardzo się cieszy z mojego dotarcia. Dostaję medal, jestem w stanie jeszcze dojść do ogniska, przynoszą mi zupę i pierogi. Zawodnicy przybyli przed chwilą już tam siedzą. Największą niespodzianką jest wspaniała bluza finiszera. Przywilej jej noszenia będzie dany 78 osobom, bo tyle - razem z tymi kilkoma, co jeszcze przybiegną za mną - ukończy ŁUT150. Nieznacznie ponad połowa z tych, co wystartowali.

Asia jest już w bazie w szkole, przybiegła około 1h40 przede mną, napierając w czteroosobowym składzie. Dla mnie też się zaraz znajdzie podwózka do szkoły, skąd po kąpieli zabierze nas autobus do Krynicy. Taka mała improwizacja z tymi dojazdami, ale jakoś to wszystko hula, kwestia dogadania się. W szkole spotkam też dwóch z moich Maćków, przybyłych krótko przede mną. Widok stóp po zdjęciu butów zapamiętam na długo - będę miał z nimi problemy jeszcze jakiś czas.

A na razie siedzę na mecie, grzejąc się słońcem i ogniskiem. Wstaję jeszcze, by wraz z organizatorami powitać dwójkę następnych napieraczy. Adrenalina zeszła, nie mogę normalnie chodzić. Dekorację zwycięzców oglądam z trawy w pozycji horyzontalnej. Powinienem robić zdjęcia, ale nie jestem w stanie. Ciągle do mnie nie dociera, co zrobiłem. Usłyszę potem porównania do UTMB i nie wiem czego jeszcze - ja nie mam do czego porównać. Może do jednej bałkańskiej epopei sprzed kilku lat, ale to dwie różne bajki. Nie wiem, czy będę chciał to kiedyś powtórzyć - wiem jednak, że było warto.

Kamil Weinberg

Polecamy również:


Podziel się:
kochambiegacnafestiwalu
kochambiegacwpolsce