150 gatunków błota, 150 rodzajów bólu. Moja Łemkowyna Ultra-Trail 150

 

150 gatunków błota, 150 rodzajów bólu. Moja Łemkowyna Ultra-Trail 150


Opublikowane w sob., 01/11/2014 - 20:46

Zwykle nie lubię długich szosowych przelotów na ultra ale teraz asfalt przynosi ulgę. Mamy go 6 km. Siłą woli, podbiegając, doganiam trójkę przede mną. Światełka Damiana i jednego z Maćków wciąż widzimy za nami. Skręcamy w prawo w pustą dolinę Wisłoka, którą bez przeszkód hula wiatr. Jestem w Puławach, dajesz, do zobaczenia na mecie! - pisze mi Asia na komórkę. Od początku była przede mną, teraz mam do niej jeszcze ze 4 kilosy. Próbuję zadzwonić, ale nie ma zasięgu. Nikt już nie biegnie, szybkim krokiem idziemy pod zimny wiatr. Tutaj pierwszy raz czuję senność. Niedługo po skręcie w lewo z daleka majaczy jakiś wielki oświetlony budynek, może to stacja narciarska, im bliżej, tym wydaje się mniejszy, aż prawie zupełnie znika. Czyżby pierwsze haluny?

Budynek-fatamorgana gdzieś się rozpływa. Do końca nie wiem, co to było, bo stacja z bufetem wygląda jakoś inaczej, kiedy już do niej dochodzimy. 119 km, ponad 27 godzin w trasie, to chyba teraz się przestawia czas? Miłe spotkanie z ultraską Iwonką, która pracuje w ekipie na punkcie. Pięciogwiazdkowa obsługa jest już standardem. Pyszna zupa dyniowa i żurek lądują na naszym stole. Piję wodę i colę jak smok na zapas, bo rozwalił mi się ustnik w bidonie i ostatnio tylko trochę sępiłem od Maćka. Dowiaduję się, że Asia wyszła pół godziny temu. Ktoś podobno komaruje na zapleczu, jeden z naszych Maćków ma ochotę do nich dołączyć, drugi mu to odradza. Pozostała nasza dwójka dociera po kilkunastu minutach, trochę stracili na ostatnim odcinku. Mówią, żebyśmy na nich nie czekali, bo muszą się rozgrzać. No to wychodzimy w czwórkę.

Jeszcze tylko dwa krótkie etapy, tak sobie mówię. Ale wrednie gwiździ na zewnątrz... W duchu dziękuję Filipowi za rękawice. Od razu napieramy ostrym marszem, rozgrzewamy się, podejście wchodzi gładko. Za chwilę wychodzimy na wierzchołek z widoczną w świetle czołówek tabliczką "Skibice 778". 400 metrów od doliny łyknięte, 300 nad punktem, to była ostatnia duża góra na trasie - pocieszam się. Takie liczby zawsze na mnie działają.

Ekipa mi trochę odskakuje. Pod górę tego nie czułem, ale teraz ból w dolnych przyczepach obu mięśni przypiszczelowych robi się coraz bardziej nieznośny. I tak się dziwię, że przez ponad 120 km byłem w stanie tak mocno cisnąć. Zatrzymują się, czekają, widzę ich czerwone tylne lampki. Teraz rozumiem, czym się kierowali organizatorzy, umieszczając je w obowiązkowym wyposażeniu. Nie chcę ich opóźniać. Lećcie naprzód, tyle razy już byłem sam w nocy w górach, jest wporzo! - mówię im. Ale dla nas nie będzie w porządku, żebyś został - słyszę odpowiedź - przecież nie zostawimy nawigatora. Kochane chłopaki. Spoglądamy na mapę ile nam zostało do ostatniego bufetu, idziemy jakiś czas razem, powtarzam im do znudzenia swoje argumenty. W końcu chyba udaje mi się ich przekonać, bo przyśpieszają. Uważajcie na tego mordercę przebranego za niedźwiedzia! - rzucam im na pożegnanie.

Coraz rzadziej widzę ich światełka. W końcu znikają. Lubię być sam w nocy w lesie, wydaje mi się taki przyjazny. Co jakiś czas są znaki czerwonego szlaku i żółte taśmy. Gwiazdy świecą jak latarnie, Orion wisi nisko nad horyzontem po prawej, można na niego nawigować. Grzbiet się jednak niemiłosiernie dłuży, a ja walczę z bólem i narastającym zmęczeniem. Grzęznę w tej pieprzonej ciapie, buty i kijki chcą w niej zostać, nogi wykręcają się na wszystkie możliwe sposoby. Nie zatrzymując się wyciągam mapę z kieszeni, szukam charakterystycznych punktów. Dogania mnie jakaś dziewczyna, pozdrawiamy się, leci naprzód, znowu jestem sam. Długie podejście, gdzie jest ta kapliczka, może już ją minąłem, kiedy będzie przecięcie z żółtym szlakiem? Jedna stopa przed drugą, wyłącz mózg, nie rozkminiaj, napieraj, nie pier...

Czołówka przygasa, baterie się kończą, ale niebo pomału się rozjaśnia. Długie zejście, las przechodzi w polanę, jest skrzyżowanie. Szlak nie jest żółty, tylko bezbarwny, ale miejsce się zgadza. Dzwoni Michał. Zrezygnował w Iwoniczu, przez narastający ból w kolanie nie był w stanie schodzić, nie mówiąc o zbieganiu. Paweł zszedł jeszcze wcześniej, z jego kontuzjami ten start to w ogóle było wariactwo. Michał w najlepszym momencie był na 8 miejscu. Szkoda... Jest w bazie w Komańczy, pyta co u mnie. Jestem sam, słoneczko zaraz wzejdzie, dobrze mi się napiera - odpowiadam. Po chwili pisze Krzysiek, mój rzeźnicki partner - Ilu z 6-tki was zostało? Dojdziecie na kolanach!

Łąka, zakręt, chorągiewki bezbłędnie prowadzą po trasie. Przede mną góra Tokarnia z widocznym z daleka przekaźnikiem. Na wschodzie czerwona łuna i kontur Bieszczadów, w dolinie morze mgieł. Uśmiech Boga.

Ostry zbieg, błoto, śliska, oszroniona trawa, wracamy do rzeczywistości. Ból nie pozwala zbiegać. W dole już widać gruntową drogę i ostatni bufet w Karlikowie. Tuż przed nim przeganiają mnie Damian i Maciek. Na punkcie stoi bohaterski, samotny wolontariusz. Przemarznięty, w buffie naciągniętym na głowę. Naprawdę szacun dla niego. Nie piłem od Puław, jestem odwodniony, wlewam w siebie kilka kubków zimnej herbaty, przegryzam orzeszkami i zmarzniętym bananem, wciągam mojego ostatniego żela, jeszcze popijam herbatą. Pośpiesz się, mało czasu zostało - mówi chłopak. Turystyczny drogowskaz pokazuje trzy godziny do Komańczy, do 35-godzinnego limitu zostały niecałe cztery. Przybijamy piątkę i napieram.

Polecamy również:


Podziel się:
kochambiegacnafestiwalu
kochambiegacwpolsce