150 gatunków błota, 150 rodzajów bólu. Moja Łemkowyna Ultra-Trail 150
Opublikowane w sob., 01/11/2014 - 20:46
W Izbach obszczekują nas wszystkie psy. Sądząc po długim wężyku światełek na przeciwnym stoku doliny z którego właśnie zeszliśmy, będą jeszcze miały sporo roboty. Szeroka szutrowa droga, łagodne podejście, asfalt, Hańczowa, pierwszy bufet. 22 km, trzy godziny i kilkanaście minut. Gorąca herbata, kawa, przegryzka i naprzód. Znowu chlup przez rzeczkę. Zbyt długo było ciepło w butach. Ścieżką przez krzory, rozdzieram moje ulubione nachy z kieszeniami, numer startowy prawie zostaje na jakiejś gałęzi. Pierwsze naprawdę strome podejście na Kozie Żebro, wąska ścieżka, liście, szron. Teraz ma być pierwszy z zapowiadanych trzech ciekawych zbiegów.
No i jest. Mgła, wąski krąg światła pod nogami, szybkie drobne kroczki, gdzie trzeba hamuję kijkami, wyprzedzam kilka osób. Lubię taką zabawę. Oszronione liście, kamienie, błoto. Kontrolowane ślizgi, jeden z nich trochę mniej, srrru łokciem o kamień! Ale przecież musi boleć, lecimy dalej. Wypłaszcza się, więcej błocka, potem krótko po asfalcie, Regietów, dwujęzyczna polsko-łemkowska tablica.
Na szczycie następnej większej góry z mroku i mgły wyłania się kilka wysokich krzyży. Widok jak z filmu. Później sprawdzę, że to cmentarz z I wojny światowej na Rotundzie. No ale nie ma czasu na integrację z duchami, spadamy lasem i błotem w dół. Im niżej, tym mniej stromo, ale coś za coś... więc więcej syfu pod nogami. Mówiłem, że nie wiem gdzie się zaczęło, ale chyba właśnie tu się zrobiła prawdziwa masakra. Lekko opadająca łąka, bagno nie do obejścia... wreszcie asfalt i skręt na długi kawałek główną szosą. Tu biegniemy z kolegą, który ratuje mnie zapasowymi agrafkami do przypięcia numeru. W zeszłym roku pokonał BUT220. Fajnie posłuchać opowieści.
Następna górka, za nią się rozjaśnia, akurat kiedy baterie w czołówce kończą żywot. W dół, bagno, przez szosę, jeszcze większe bagno... i przez rzeczkę w bród, kilka razy raz po raz. Wcześniej bluzgałem, teraz mi to obojętnieje, po prostu napieram przed siebie. Potem długo szutrem, a nawet kawałek asfaltem, odpoczynek dla nóg, z kimś się zagaduję... aż stwierdzamy, że skręciliśmy nie tu, gdzie trzeba. Rzut oka na mapę, wracamy, może 200 metrów w plecy. Jeszcze trochę błota i wreszcie bacówka Bartne, 48 km, godzina 8.30. Za nami najdłuższy etap. Ta noc i poranek to była próba psychy, sporo ludzi już tu odpuszcza.
Jestem mocno wyziębiony. Rozgrzewam się kilkoma kubkami herbaty, dobrą pomidorówką, pieczonymi ziemniakami i rozmową z ekipą. Mówią o rozlanym na kilkaset metrów bagnie, zaczynającym się zaraz za ich punktem. Opuszczam gościnny bufet i dalej próbuję rozgrzać łapy, brakuje mi rękawic. Dziękuję słoneczku wychodzącemu zza chmury i widzę... to. Porośnięta krzakami łąka, pokryta jedną wielką kałużą. W wielu miejscach nie ma wyjścia, trzeba przejść na dzika przez rzadkie błoto ponad kostki. Ścieżka 6.wma...
Każda ścieżka kiedyś się kończy. A więc pod górę na Magurę. A na niej szadź. Na ziemi, na drzewach, z drzew na głowę. Warto cyknąć parę zdjęć. Na zbiegu przystaję, zdejmuję buta, bo coś mnie uwiera. Nic nie ma, znaczy robi się kalafior, drugiego nie zdejmuję, wiem że jest to samo. Piękny oszroniony las, ścieżka pełna gęstego, gliniastego błota, nogi pode mną tańczą. Następna górka, a potem jeszcze jedna - to Kolanin, z którego ma być czujny zbieg. Ten drugi, ostatni będzie z Kamienia. Dzwoni Sylwia z trasy 70k, a potem Stef. Fajnie pomyśleć, że nie jestem sam. Zbieg z Kolanina zgodnie z nazwą daje po kolanach, jak zwykle wyprzedzam. Na ostatnich 2 km przez las mały kryzys, ale jakoś doczłapuję do punktu na Przełęczy Hałbowskiej na 64 km.
W ekipie fajni goprowcy. Jedna, druga buła, dużo piję. Kilka minut odpoczynku i po błocie pod górę na Kamień. I od razu długaśny zbieg do najniższego miejsca całej trasy, do doliny Wisłoki. Bardzo stromo, tak jak lubię, potem łagodnie odkrytym grzbietem, zgadnijcie po czym. Chwila rozluźnienia i od razu ląduję na czterech literach. Który to już raz dzisiaj?

