150 gatunków błota, 150 rodzajów bólu. Moja Łemkowyna Ultra-Trail 150

 

150 gatunków błota, 150 rodzajów bólu. Moja Łemkowyna Ultra-Trail 150


Opublikowane w sob., 01/11/2014 - 20:46

Na kamienistej drodze do wsi nad rzeką puszczam nogi i nadrabiam czas, po to żeby wpaść do sklepu i wytrąbić pół litra coli - tego potrzebuję. Na przeciwległy stok napieramy z poznanym wcześniej Maćkiem w Warszawy. Fajnie się z nim gada, nie myślimy o zmęczeniu. Teraz długo grzbietem, lasami i polanami po małych hopkach, słońce przygrzewa. Maciek trochę z tyłu, z dogonioną dwójką na rozjeżdżających się nogach ślizgamy się w dół do Chyrowej.

80 km, już za półmetkiem. Najbardziej wypasiony punkt, jedyny przepak i jednocześnie start trasy ŁUT70. Na powitanie wybiega mi Pieskomandos Eto, a wraz z nim Filip. Widząc ten duet od razu mam banana na gębie. Wrzucam colę i drobne przekąski na zewnętrznym bufecie i idę na górę do knajpy na główne danie. Te schody też powinni doliczyć do sumy podejść... Przy stołach łatwo poznać, kto dalej napiera, a kto tutaj odpuszcza. Ci ostatni spokojnie raczą się piwem...

Czekając na gulasz i makaron, zmieniam baterie w czołówce i gadam z Filipem. Dowiaduję się, że do Komańczy odjeżdża cały autobus zawodników, a pewnie zejdzie jeszcze więcej, bo dopiero minęło 15h30 przy limicie 19h. Na razie w boju pozostaje jakieś 90 osób. Dużo ludzi wybrało ten bieg na swoją pierwszą ponad setkę, zachęconych niezbyt ekstremalnym profilem wysokościowym. W błocie jednak każdy krok kosztuje dużo więcej energii, stąd takie przetrzebienie szeregów. Kochane wolontariuszki przynoszą zawodnikom jedzenie i picie, pytają czy jeszcze czegoś nie trzeba, czuję się jak w pięciogwiazdkowej restauracji. Filip pożycza mi swoje rękawice - zyskuję drugie życie w tej grze - dzięki ziom!

Wychodzących napieraczy żegna Józek, który tym razem też jest w ekipie. Radzi, by na noc zbijać się w grupki. Opuszczamy gościnny bufet razem z Maćkiem, a na podejściu jakoś tak sama zbiera się nas szóstka - dochodzi jeszcze dwóch Maćków, Mariusz i Damian. Podążamy ku zachodzącemu słońcu, niczym kowboje na westernie. Czujemy się jak konie po tymże filmie... no dobra, póki co nie jest źle. Jest ekipa, jest moc. Zapalamy czołówki i w zapadającym zmroku to podchodzimy, to zbiegamy zalesionym grzbietem. Zwykle jestem gaduła, ale teraz wchodzę w tryb milczącego napierania. Przynajmniej Maciek cały czas nawija. Snujemy plany wspólnego dotarcia do mety.

Na zbiegu wychodzę naprzód i trzymam tempo grupki. Mijamy Pustelnię Św. Jana i już w zupełnej ciemności spadamy do doliny. Wolontariusz przeprowadza nas przez ruchliwą szosę. Niebo jest na maksa rozgwieżdżone, zapowiada się piękna i zimna noc. Teraz ma być Cergowa, ostatnia stroma góra na trasie. Niedługo za mostem szlak staje dęba. Ciągle trzymamy się razem, a ja dalej zającuję naszą grupkę pod górę. Czasem wyjmuję mapę i rozkminiam pozostałe odległości i przewyższenia - to tu zostaję ochrzczony "nawigatorem". Maciek nieustannie poprawia nam morale, drąc łacha ze wszystkich i wszystkiego. Dla jaj przerzucamy się łódzko-warszawskimi przysrywankami. Kiedy myślimy że to już szczyt, okazuje się, że mamy jeszcze ze sto metrów w pionie do wyrypania.

Krzyż na wierzchołku wyrasta z zaskoczenia, jak wiele rzeczy na tym biegu. Po drugiej stronie Cergowa opada stromą ścianą, kilkaset metrów w dole widać światła miejscowości. Jeszcze jakieś hopki, potem stromo w dół po błocie, staram się, żeby nasza grupka trzymała tempo. Jak tylko się wypłaszcza, błocko robi się do kostek i uprzykrza nam życie aż do szosy.

Szosą przez pole, potem Lubatowa, dłużące się podejście i jeszcze dłużej w dół do Iwonicza... czasem przeplatamy marsz truchtem, ale coraz rzadziej. Marzniemy. Wreszcie uzdrowisko i oczekiwana kafejka. Powitanie gorącą herbatą, wchodzimy do środka, łupie rąbanka, umcyk umcyk umcyk, akurat się odbywa czyjaś osiemnastka... Sadzamy tyłki na krzesłach, ekipa znowu traktuje nas po królewsku, donoszą nam buły, herbatę i kawę. Pojedli, popili, rozgrzali się, w końcu wypada się ruszyć.

Dzielę sobie w głowie trasę na coraz mniejsze etapy. Do Rymanowa mają być dwie małe górki. Rzeczywiście nie są duże, ale gęsta ciapa pod nogami wysysa wszystkie siły. Czuję się już wypruty, zostawiam zającowanie towarzyszom. W Rymanowie brak żywego ducha, a przed nami długie podejście. Najpierw drogą dochodzimy do oznaczonej ścieżki zdrowia, ale jakoś nikt nie ma ochoty poćwiczyć. Potem stromiej do góry totalnie zabagnioną, zgniłą łąką. Ku..., ile tego jeszcze? Maciek z Wawy ciągnie nas do góry, po małym kryzysie na Cergowej teraz on się najlepiej trzyma. Zejście na drugą stronę jest równie syfiaste. Trójka idzie z przodu, ja za nimi, kawałek za mną jeszcze dwóch.

Polecamy również:


Podziel się:
kochambiegacnafestiwalu
kochambiegacwpolsce