Stef Schuermans to wspinacz i ultramaratończyk, a ostatnio organizator biegów ultra w swojej ojczystej Belgii. Przez kilka lat mieszkał w Polsce. W wywiadzie udzielonym nam kilka miesięcy temu opowiedział o pierwszej organizowanej przez niego imprezie, Legends Trail, czyli 250-kilometrowej zimowej wyrypie przez Ardeny. Teraz, niedługo po jej zakończeniu, znów mieliśmy okazję porozmawiać.
Kamil Weinberg: Stef, czy Legends Trail spełnił Twoje oczekiwania?
Stef Schuermans: Było lepiej niż oczekiwałem, pod każdym względem. Na początku (ponad rok temu) marzyliśmy o 5-10, może 15 uczestnikach. Wszystko zaczęło się rozrastać dużo szybciej, niż się spodziewaliśmy. Nie tylko ze sportowego punktu widzenia, pod każdym innym względem też...
Co uważasz, że można poprawić, co nie poszło do końca zgodnie z planem, co będzie zmienione za rok a co pozostanie takie samo? I z czego jesteś najbardziej zadowolony po pierwszej edycji Legends Trail?
Wiele rzeczy możemy poprawić. Co dziwne jednak (i na szczęście), jak na pierwszą edycję to były same drobiazgi. Musimy ulepszyć wszystkie bazy. Cudzoziemcy nie przepadają za cykorią*. Najważniejsze, że uczestnicy chyba nie zauważyli żadnej większej obsuwy.
A z czego jestem najbardziej zadowolony? Nie było żadnych wypadków i każdy wrócił w jednym kawałku!
*Osobiście bardzo mi smakowało. Jakby to zależało ode mnie, to bym zostawił cykorię! (Kamil)
Czy ten bieg przyciągnął takich zawodników, jak się spodziewaliście? Jak wypadli faworyci? Były jakieś niespodzianki na plus i minus?
Spodziewaliśmy się zawodników z doświadczeniem w tego rodzaju biegach, jak również ludzi, którzy wystartują dla samej przygody. Takich, którzy nie mają pojęcia co się dzieje na 101 kilometrze, ale mimo wszystko wierzą, że to skończą (kwalifikacją było ukończenie przynajmniej jednej setki – przyp. red.). Reprezentacje obydwu typów się stawiły, i o to nam chodziło...
Wolałbym się powstrzymać od komentarzy o niespodziankach, bo na 250-kilometrowym biegu wszystko się może zdarzyć i samo ukończenie jest sukcesem. Zresztą różnice były na tyle małe, że każdy z finiszerów mógł to wygrać.
Wiem, że te zawody to wspólne dziecko Twoje i Tima. Który z Was był bardziej dyrektorem sportowym, który od spraw logistyki, promocji itp.?
Znakomicie się uzupełniamy. Jak ktoś powiedział: „Tim by stworzył świetnie zorganizowany bieg, dopięty na ostatni guzik, ale uczestników by można policzyć na palcach jednej ręki. Sam Stef natomiast zrobiłby wszystko z rozmachem i ściągnął mnóstwo zawodników, którzy pobiegliby w kompletnym bałaganie.”
„Chodzi o osobiste historie”, jak powiedział Stu Westfield. Były może jakieś szczególne historie podczas biegu albo związane z nim, które wyjątkowo zapadły Ci w pamięć?
Stu ma rację. Oczywiście wiele się wydarzyło. Uważam, że nie tylko każdy z 47 uczestników stworzył własną historię, ale to samo można powiedzieć o każdym naszym wolontariuszu. Poza tym jak mówiłem, każdy z zawodników zasługuje na ogromny szacunek. Co ja tam będę opowiadał za innych. Niech każdy sam opowie swoją historię...
Opowieści uczestników w różnych językach, zebrane przez jednego z nich, Maartena Schöna: TUTAJ
Wracając do Stu, nie był on jedyną znaną osobą, którą zaprosiliście do pomocy. Inną był kierownik zespołu medycznego, dr Geert Meese. Taka postać może zasługuje na bliższe przedstawienie?
Jeden z naszych uczestników znał go z Marathon des Sables, słynnej saharyjskiej siedmiodniówki. Geert jest anestezjologiem i pasjonatem ultrabiegania. Pracował jako lekarz w znanych zawodach na całym świecie (m.in. właśnie Marathon des Sables, czy TransOmania) i bez wahania się zgodził nam też pomóc. Zawiadywał całym zespołem medycznym, opiekował się biegaczami, ale co najważniejsze, zdjął nam z barków cały ciężar związany ze sprawami medycznymi. Dla nas jako organizatorów jego obecność była darem z nieba...
Jak to było dla Ciebie i Tima zostać po raz pierwszy organizatorami biegu? Nie żałowaliście, że Was nie ma na trasie i tylko obserwujecie zabawę, którą zorganizowaliście?
Jeśli chodzi o mnie, to bardzo zazdrościłem zawodnikom. Pamiętam, jak nas zasypało śniegiem w PK4.1 (małym namiocie w środku lasu - Kamil), miałem wtedy okazję przebiec kawałek trasy w niebiegowych butach i po prostu się bardzo cieszyłem, że mogę się ruszyć.
Zorganizowaliśmy taki rodzaj biegu, którego brakowało w Belgii. Sami byśmy go pewnie nie dali rady ukończyć, ale i tak chciałoby się w nim wystartować. Trudno było nie być zazdrosnym...
Oprócz oczywistej lekcji organizacji zawodów, myślisz że to doświadczenie pomogło Wam jako czynnym ultrasom?
To dwa różne światy, ale chyba teraz będę bardziej krytycznie patrzył na inne biegi, a jednocześnie miał większy szacunek do organizatorów. Wcześniej się nie spodziewałem, że to taka masa roboty.
Już wiemy, że za rok znowu będziemy mieli Legends Trail. Ale ogłosiliście też jeszcze dwa zupełnie nowe biegi na 2016 rok. Mógłbyś coś więcej o nich powiedzieć i jednocześnie zaprosić uczestników?
Te dwa biegi są zupełnie inne. Legends Trail to z założenia inny kaliber w naszym regionie. Ale brakowało nam też stumilówek, więc właśnie je tworzymy. The Great Escape odbędzie się latem (w pierwszy weekend lipca) na dystansach 100 mil, 50 mil i 45 km na terenach dwóch krajów: Luksemburga i Belgii. Cała trasa będzie oznakowana od startu do mety i będzie prowadzić znacznie łatwiejszymi szlakami, niż Legends Trail. Nie zabraknie na niej górek, stromych podbiegów i zbiegów, wąskich ścieżek, będzie jednak zdecydowanie przebieżna. To są tereny w Ardenach i znów będą cudowne widoki. Wydaje nam się dziwne, że nikt jeszcze nie urządził biegu na tym jednym z najpiękniejszych znakowanych szlaków w Belgii...
Drugie zawody, Bello Gallico Trail, będą zawierać biegi na podobnych dystansach i zostaną rozegrane w grudniu. Brakowało nam w Belgii szybkich, płaskich ultrabiegów. Wszyscy mówią o wysokich sumach podejść, a tymczasem taka trasa to zupełnie inna bajka. Bello Gallico odbędzie się w jedynym belgijskim parku narodowym i da cudzoziemcom okazję poznać piękne tereny we Flandrii w pobliżu granicy z Niemcami i Holandią.
Jeszcze ostatnie pytanie – zadam takie same, jak Stu Westfieldowi: czy Ty albo Tim rozważacie kiedyś pobiec Legends Trail?
Bardzo byśmy chcieli, ale obawiamy się, że to się może nie udać. To zbyt skomplikowane wystartować w biegu, który się samemu organizuje.
Rozmawiał Kamil Weinberg
NEXT PAGE: "Let the others tell their stories" – interview with Stef Schuermans, one of the Legends Trail race directors
