Andrzej Derwich biegnie przez Polskę dla 8-letniego Józia. "Odzew ludzi jest wspaniały"
Opublikowane w śr., 08/04/2015 - 16:01
Ma pan cały dzień na kombinowane bieganie i regenerację.
Staramy się tak planować, by o 6 rano być już na starcie danego odcinka. Nieważne co by się działo czy miałbym ochotę biec dalej, o 16 dany etap musi się skończyć, ze względu na to, żebym miał czas na kąpiel, odpowiedni posiłek i regenerację. Ale różnie to bywa. Jest tak, że potrzebuję tego odpoczynku więcej i wtedy bieg rozpoczynam nawet o 8 czy 9. Ale nie tylko ja się męczę, kierowca też, zresztą czasami myślę, że on nawet bardziej.
Rzeczywiście jadąc 15 km/godz przez kilka godzin można się wynudzić jak mops.
Kierowca nie jedzie cały czas obok mnie. Mamy system bezpieczeństwa, że kierowca odjeżdża, czeka dwa kilometry dalej. Jeżeli nie dobiegam w ciągu 20 minut to coś może być nie w porządku i wtedy czeka jeszcze 10 minut, a jak mnie nie ma to się cofa. Ja z kolei mam przy sobie cały czas telefon awaryjny. Gdybym potrzebował po mocy mogę w każdej chwili zadzwonić do kierowcy.
Organizacja tip top.
Być może. Ja nigdy nie miałem doświadczenia w organizowaniu takich biegów...
Pewnie osoby, które je mają można policzyć na palcach jednej ręki.
Może, na pewno popełniam błędy. Nie mówię, że nie. Ale nie mogę powiedzieć, że nie jesteśmy przygotowani. Możemy się poczekać, że przez ostatnie sześć dni biegu nie było żadnych problemów organizacyjnych. Jeżeli coś się pojawiało, to zawsze był jakiś plan b. Jak nie jesteśmy czegoś pewni, albo nie wiemy jak coś zrobić to dzwonimy do osób, które są w stanie nam pomóc.
Nikt się nie rodzi mądry. A gdzie pan obecnie się znajduje (rozmawialiśmy we wtorek popołudniu - przyp. red.)?
W tej chwili jesteśmy w miejscowości Kunów, pod Ostrowcem Świętokrzyskim. To nasza baza wypadowa na dwa dni. Tu nocujemy w hotelu. Liczyliśmy, że uda się dziś przebiec z Iłży do Radomia, ale niestety kontuzja nie pozwoliła.
Moje następne pytanie miało brzmieć - jak zdrowie, ale słyszę, że uraz krzyżuje plany. Co się stało?
Ciężko powiedzieć dokładnie. Prawdopodobnie w okolicach goleni zgromadziła się krew pod skórą. Usiłowaliśmy to rozbić, skonsultowaliśmy się z fizjoterapeutą i ortopedą. Być może coś zjadłem czy coś.
Jak to - zjadł pan i ma krwiaka na nodze?
To jest taki odcinek w nodze, że jeżeli coś jest z jelitami, to tam się to również uaktywnia i boli. Dlatego stwierdziliśmy, że nie będą szedł do Radomia, choć zostało 15 kilometrów. Jak trzeba to te 15 kilometrów dobiegnę treningowo przed kolejnym etapem. Innych kontuzji na szczęście brak.
Odpukać w niemalowane. Skąd wziął się pomysł, żeby właśnie w ten sposób pomóc 8-letniemu Józiowi. Co pana zainspirowało?
Inspiracją była konferencja, w której brałem udział dwa lata temu. Wziął w niej udział Piotr Pogon, ultramaratończyk i fundraiser. Trafiłem tam przez przypadek i pomyślałem, że fajnie byłoby coś podobnego zorganizować, jeszcze nie myślałem o starcie. W międzyczasie zacząłem biegać, po roku biegałem więcej niż robią to zwykli biegacze i dojrzałem do tego, by pobiec dla kogoś.
Miał już pan sprecyzowaną osobę, dla której podjąłby się pan wyzwania?
Nie. Wiedziałem, że muszę znaleźć taką osobę albo fundację. Stwierdziłem, że nie pobiegnę po Podkarpaciu, zacząłem marzyć o czymś dłuższym. W pewnym momencie usiadłem do laptopa...
... spojrzał pan na mapę Polski i stwierdził - pobiegnę z Karpat nad Morze.
To też, ale potem. Znalazłem u koleżanki na Facebooku informację o Józiu. Poczułem, że muszę to zrobić dla niego. Był odnośnik na stronie fundacji, przeczytałem o jego chorobie. Napisałem szybko list do fundacji, dostałem odpowiedź, że mi pomogą. Zasugerowali kontakt z rodziną Józka czy wyrażą zgodę czy zaaprobują takie przedsięwzięcie. Napisałem do nich w wigilię, w drugi dzień świąt miałem już okazję się spotkać z całą rodziną.


