Ultra Cross Gwint, czyli dwie (różne) połówki setki z hakiem
Opublikowane w pt., 15/05/2015 - 10:36
Ale szedłem i choć za tyle walki jestem dziś sobie wdzięczny. Na punktach byłem po około dziesięć minut, tyle żeby zjeść coś, wypić, uzupełnić bukłak i usiąść na chwilę (mocna kawa z cukrem świetnie smakuje na 93 km!) na krzesełku. I do przodu. Kusiło strasznie, żeby odpuścić, gdzieś tam w środku szeptem ciągle coś do mnie gadało, żeby olać, przecież i tak dupa z tego startu, taki jesteś cienki, że nawet 15 godzin nie potrafisz złamać, choć inni już pewnie śpią lub jadą w stronę domu o tej porze...
Doszło do tego, że nawet ucieszyłem się, gdy na 80. kilometrze poczułem ból po zewnętrznej stronie prawego kolana. Było to tuż po tym, jak cudem tylko zauważyłem kontem oka, że trasa skręca w las, a nie prowadzi prosto drogą, którą idą przede mną inni uczestnicy. Dwóch bliżej usłyszało moje zawołanie, ale ten trzeci, który maszerował ze słuchawkami na uszach był już za daleko żeby usłyszeć nasze darcie ryja...
Ale ból nie zwiększył się do punktu na 93. kilometrze, na którym postanowiłem odpuścić w razie zagrożenia kontuzją. Wciąż czułem gdzieś tam lekko jakieś kłucie, ale nic nie wskazywało na to, że robię sobie jakąś większą krzywdę, więc po kawce ruszyłem dalej.
I znów się zaczęło! Góry i wzniesienia leśne. Kto by pomyślał, że pod Grodziskiem Wielkopolskim są takie Himalaje pochowane w lesie! I nawet przez chwilę myślałem, że nie uda mi się złamać 16 godzin, bo o ile głowa już teraz chciała, to w nogach czułem każdy przebiegnięty na początku kilometr. Ale udało się. Ostatnie kilometry to już niemal ciągły trucht na przemian z szybkim marszem. I sprint w tempie 4:50 na ostatnich pięciuset metrach, choć głównie chyba dzięki oberwaniu chmury jakie mnie tuż przed metą dopadło...
Koniec
I w końcu poczułem ten kawał żelaza na szyi.
I poczłapałem w przestającym już niemal padać (a jakże!) deszczu z gradem ku jadłodajni, gdzie dostałem trochę makaronu z niedogotowanym brokułem, kawę z cukrem, i gdzie posiedziałem chwilę dochodząc do siebie i zastanawiając się, co teraz... Jechać na 3xBabia, czy zmienić na najkrótszą trasę? Olać to bieganie całkiem, czy wziąć się do treningów, albo przynajmniej lepiej dobierać taktykę, jeśli znów nie uda mi się odpowiednio przygotować? Masa myśli, wrażeń i wątpliwości...
Oby do następnego!
Piotr Pazdej, Ambasador Festiwalu Biegów


