Ultra Cross Gwint, czyli dwie (różne) połówki setki z hakiem
Opublikowane w pt., 15/05/2015 - 10:36
Kilka minut przed trzecią ustawiamy się wszyscy na linii startu. Jesteśmy z Maćkiem na samym przodzie, samo tak jakoś wychodzi, nikt się nie przepycha do przodu, to nie sprint na tysiąc metrów, czy dyszka jakaś, tylko 110 km, nie ma więc co szarżować, każdy zdąży się rozpędzić, zająć swoją pozycję, zmęczyć, odpaść nawet...
Ruszamy. Króciutko wzdłuż oświetlonego chodnika, potem skręt, mostek i już po ciemku obiegamy jezioro Wolsztyńskie. Jesteśmy niemal na przedzie, tempo rośnie, muszę Maćka trochę stopować, przypominać mu, że to drugi, trzeci kilometr dopiero, że przed nami jeszcze sto sześć, sto pięć, sto cztery... Ale rozumiem go. Są siły, jest nas spora grupa (pozdrowienia dla Pana Banana), wszyscy się śmieją, żartują, ostrzegają przed dziurami czy wystającym z piachu korzeniem.
Postanawiamy, że biegniemy bez przerwy do pierwszego punktu na 14. kilometrze. Tempo 6 min./km. Na punkt położony na plaży jeziora Kuźnickiego wpadamy po godzinie i 33 minutach. Prawie nie piłem z bukłaka, więc nie dolewam, zjadam tylko kilka kawałków pomarańczy, wypijam kubek wody i ruszamy dalej. Już bez czołówki, szarówka od dawna pozwala na swobodny bieg po lesie i krzakach bez dodatkowego światła.
Czuję się świetnie. Zaczynamy jednak przerywać bieg krótkimi odcinkami marszu, wciąż przypominam Maćkowi, że przed nami jeszcze bardzo dużo kilosów.
Pierwsze zmęczenie
Niecałe trzy godziny zajmuje nam dotarcie do drugiego punktu odżywczego w Jastrzębsku Starym. 25 kilometrów za nami. Przed... jeszcze 85. Woda w bukłak, tabletki, pomarańcze, jakiś mocno rozcieńczony izotonik i w drogę. Usłyszeliśmy tylko, jak jakaś dziewczyna mówi, że przed nami niezła jazda...
I fakt, takiego lasu jeszcze nie widziałem. Na długości trzech kilometrów teren wyglądał tak, jakby jakiś gigant z kosmosu chciał go ścisnąć łapami, ale rozmyślił się w połowie pracy. Siedem, naprawdę szerokich wzniesień położonych w niemal idealnie równych odstępach. Ależ trasa do trenowania!
Że posuwamy się trochę za szybko dotarło do mnie przed trzecim punktem w Miedzichowie. 45 kilometrów nogach, czas 5h15''. Trochę szybko jak na pierwszą połowę. I jeszcze ta agrafka... nie lubię jakoś biec do przodu i widzieć jak inni już zawracają, napojeni, najedzeni...
A propos jedzenia: poza punktami starałem się jeść, choć bez obżerania. Nie czułem głodu, wystarczało picie i torebka z ziarenkami od chia charge. Z raz chyba pogryzłem i przeżułem mini batonika (też od chia charge).
Szybkie dolewanie wody do bukłaka, ze trzy kubki wypite, znów garść pomarańczy, banany ze dwa i ogień. Ruszamy asfaltem w dół agrafki. W tę stronę lepiej. Teraz to my pozdrawiamy tych, co dopiero do punktu dobiegają.
Druga połówka
Nowy Tomyśl, czyli połowę trasy osiągamy po sześciu godzinach i 14 minutach. Buty i spodnie zdążyły mi już dawno wyschnąć po tym, jak skąpałem się w strumieniu po straceniu równowagi na pozbawionym kory pniu, zabezpieczonym tylko wiszącym luźno sznurkiem. Ale może i dobrze się stało? Trochę mnie ta zimna woda w butach orzeźwiła chyba, bo przez zgiełk nowotomyskiego targu przebiegliśmy prawie sprintem.
Ciepła zupka z makaronem, cola, dłuższe trochę siedzenie, chyba ze trzynaście minut, punkt na rynku, minifestyn, mikrofony, głośniki, ktoś śpiewa stojąc w otwartej przyczepie ciężarówki, pełno ludzi, pełno ultrasów, ściągają buty, zmieniają skarpetki, bandaże, plastry, smarują się maściami... a my w drogę. Idziemy kawałek miastem, w końcu chodnik się wyludnia, zaczynamy truchtać, kończy się miasto, zaczynają pola, czuję, że muszę zwolnić, mówię do Maćka "Skróćmy trochę odcinki biegowe", więc skracamy. Dziesięć minut biegu, pięć marszu. Ale w końcu odpuszczam. „Muszę zwolnić”, sapię i choć Maciek broni się trochę to w końcu przekonuję koło w okolicach 60. kilometra, żeby ruszył do przodu jeśli czuje, że ma siły, szkoda żeby człapał ze mną. Rusza.
Zostaję sam ze swoim tempem, które spada drastycznie, więcej idę niż biegnę, ale nie mogę nic na to poradzić. Czuję się już nawet nie zmęczony, a zmordowany, coś poszło nie tak, dystans przecież nie jest jeszcze kosmiczny jakiś, na wyrzygu też nie biegliśmy ani razu... więc co? Chyba tylko trening za słaby myślę sobie, bo przecież od ZUKa nie biegałem tyle, ile planowałem, raz tylko dłużej, z Maćkiem właśnie, tydzień przed Gwintem 35 kilometrów, reszta treningów krótsza, po dziesięć, kilkanaście może kilometrów, ze dwa, trzy razy na tydzień. Teraz za to płacę. No i za tempo pierwszej połowy.
Nie pamiętam ile czasu trwał mój kryzys. Ten psychiczny głównie, który blokował mnie najbardziej chyba, wstrzymywał, kazał iść, choć pewnie mogłem truchtać i powalczyć jeszcze trochę o złamanie tych 15 godzin. I nawet była szansa, ale głowa znów odmówiła posłuszeństwa, po raz drugi się poddałem i znów zacząłem iść więcej niż biec.
