Ultra Cross Gwint, czyli dwie (różne) połówki setki z hakiem
Opublikowane w pt., 15/05/2015 - 10:36
Swój występ w drugiej edycji Ultramaratonu GWINT podsumowuje Piotr Pazdej, Ambasador Festiwalu Biegów
Gwint, Gwint i po Gwincie... Czas 15:37:53, miejsce 42, kryzys, piękna trasa, buty przetestowane, luz, karnawał niemal, choć do czasu tylko trwający i zwątpienie, równie chwilowe, co ulewa na ostatnich metrach. A tak blisko byłem zostania w domu, grzania się pod kocykiem, pracowania, udawania, uciekania... A tak? Co mam wiedzieć, już wiem. Co dostrzec, dostrzegłem. Wnioski? Są. Praca domowa? Wyznaczona. Chęci? Obecne. Plany? No więc... cóż... tak jakby... Waham się. Tu akurat potrzebuję trochę czasu.
Grodzisk Wlkp - kryminalno-żydowskie klimaty
Grodzisk Wielkopolski utkwi mi w pamięci jako małe, spokojne i przyjemne miasteczko. Zajechaliśmy tam z Maćkiem koło 18:00, pakiety, koszulki (moja z dziurką, Maćka za mała), wymiana koszulek i spacerek deptakiem w poszukiwaniu "bramy", potem rynek, kościół, kilka knajpek.
- Kojarzy mi się z Sandomierzem - mówię w którymś momencie, będąc świeżo po lekturze Ziarna Prawdy.
- Coś ty, prostuje mnie Maciek, nie ma porównania. Sandomierz ładniejszy.
Może i tak, nie byłem przecież, ale mnie i tak podoba się tych kilka uliczek wąskich, z małymi domkami ustawionymi jeden przy drugim, to wybijanie godziny, które słychać chyba w każdym mieszkaniu, ten brak bloków z wielkiej płyty, marketów co chwilę... Ech, myślę na głos, pisarzem być, albo tłumaczem, albo żyć z procentów to bym się tu sprowadził i pomieszkał trochę... Też bym tu wymyślił jakąś historię kryminalną, ukrył zwłoki w fundamentach Biedronki, albo w parku, albo powiesił na dzwonnicy kościoła, żeby znalazł je odchodzący na emeryturę bibliotekarz...
No dobra, a co nie tak z Pabianicami? Przecież mamy tu nie jedno takie miejsce, historia również ciekawa i obfitująca (choćby głuchy amstaff zjadający przez cztery miesiące zwłoki swojej właścicielki), na pewno da się tutaj coś pokazać. Ale wróćmy do Gwinta...
Znów po ciemku...
Baza Gwinta mieściła się w hali sportowej. Rozłożyliśmy się pod siatką dzielącą parkiet na dwie olbrzymie sypialnie. Kilka bananów, nutella, woda z elektrolitami i... spokój. To chyba mój pierwszy ultra start, do którego podchodziłem na takim luzie. Żadnych list, żadnych rozkładań wszystkiego na podłodze po dziesięć razy. Normalne pakowanie, jakbym szedł na wycieczkę do pobliskiego lasu. Tyle, że o wiele dłuższą.
Nawet usnąć mi się udało przed odprawą o 23:00. Różne kolory taśmy na trasie, bądźcie uważni, dbajcie o siebie i o innych. Krótko i na temat. Czas do spania. I znów zasnąłem! Ależ musiałem być wyluzowany...
Kilka minut przed pierwszą w nocy obudził mnie Maciek. Na sali półmrok, ledwo widać, co gdzie leży, ale za siatką śpią przecież ci, którzy dopiero raną lecą najkrótszy dystans. Po naszej stronie już prawie wszyscy szykują się w świetle czołówek do wyjścia. I znów nadziwić się nie mogę swojemu podejściu. Bo nawet nie wyciągam z torby sudocremu, żeby grubo nasmarować stopy czy pachwiny. Tętno? Spokojne, jakbym wstał na poranne sikanie. Nudności? Brak. Niepokój? Zero. Ubieram się powoli, nalewam wodę do bukłaka, wrzucam tabletki, wiążę buty. Wychodzimy.
Jest ciepło. Mam na sobie tylko obcisłą podkoszulkę z decathlonu (zamiast plastrów na sutki), koszulkę techniczną chia charge i wiatrówkę. Wystarczy, a przez chwilę myślę nawet, czy by kurtki jednak nie zdjąć przed startem. Chwila przed autokarami, wsiadamy i odjazd. Niecała godzinka drogi do Wolsztyna mija szybko, idziemy za tłumem ultrasów (w sumie jechały dwa autokary) i wchodzimy do aquaparku, spod którego będziemy startować za... o rany, za 43 minuty dopiero! Po co tak wcześnie? Mogliśmy spać jeszcze z pół godziny.
No nic, siadamy sobie z Maćkiem pod ścianą i czekamy. Sączę wodę z namoczonymi w niej ziarnami chia i przyglądam się tym wszystkim ultrasom.



