Proszek, który ryje psychę – nasza Zamieć [ZDJĘCIA]

 

Proszek, który ryje psychę – nasza Zamieć [ZDJĘCIA]


Opublikowane w śr., 01/02/2017 - 08:54

Truchtam bulwarem na nowych siłach, próbując się rozgrzać. Przed skrętem w góry dogania mnie dziewczyna. Gosia też zaczyna trzecie koło. Na Zamieć przyleciała specjalnie z Anglii. W jej miłym towarzystwie całe podejście przemyka szybko i przyjemnie, tylko przed samym końcem łapię mały kryzys. Na szczycie ratuje nas gorąca herbata i gorzka czekolada.

One race's very like another
When your balls are warm and your feet dry, brother

If you don't climb it, that would really be a shame
This mountain with an unpronounceable name

Whaddaya mean?
Ya seen one ice cold, snowy, windswept hill

Zbiegam już samemu, tym razem nie myląc drogi. Chociaż w środku nocy jesteśmy mocno rozrzuceni po trasie, wyprzedzam sporo osób. Nawet „ulubiony” odcinek idzie mi jakby raźniej, co widać po szybszym czasie zejścia, ale w bazie powtarza się ostatni scenariusz. Długie budzenie się ze stanu zombiaka, pieczone ziemniaki z sosem czosnkowym – tak dla odstraszenia górskich wampirów – i prawie półtorej godziny na dojście do stanu używalności.

Z trzeciego koła wróciłem około 23:30. Dwa lata temu o tej godzinie wyruszałem już na czwarte, będąc w znacznie lepszym stanie. Wtedy zrobiłem pięć, ale sześciu raczej nie miałem w planie bo chciałem potraktować Zamieć treningowo...

Co do reszty naszej ekipy, to wiemy, że trzeci z Belgów Luc, mieszkająca w Dreźnie Nowozelandka Chloe i Holender Neequaye zwany Nico są gdzieś przed nami. Stef wycofał się po dwóch pętlach z powodu bólu pleców. Oprócz niego, dla wszystkich zagranicznych gości to pierwszy tak trudny zimowy górski bieg. No może nie dla Hansa, który zaliczył śnieżny odcinek na końcówce Legends Trail.

Na czwartą rundę ruszamy z Theo i Hansem, którzy wrócili z poprzedniej kilkanaście minut po mnie. Dwaj doświadczeni weterani na zmianę nadają tempo, a ja trzymam się za nimi. Po wyjściu ponad szczyrkowski smog gwiazdy świecą jaśniej. Wszyscy zaciskamy zęby, żeby mimo zmęczenia machnąć te pięć pętelek. Wiatr prawie zupełnie ustał. Nawet jeśli jest poniżej -10 stopni, zupełnie tego nie odczuwam. Do szczytu znowu przyzwoity czas 2h i kilkanaście minut.

Zbieg znowu robię po swojemu, czyli bardzo szybko. Na stromiźnie między drzewami tym razem wywijam orła. Na szczęście niegroźnie, lądując w miękkim śniegu. „Odcinek specjalny” za to przechodzę jak pijany, zataczając się na boki w kopnym śniegu na wykręcających się kolanach i kostkach i szeroko podpierając się kijkami. Ten wysypany proszek ryje psychę. Po bokach ciągle widzę równy, gładki beton, zachęcający by po nim biec. Kiedy tam kieruję światło, zdaję sobie sprawę, że to po prostu niewydeptany śnieg i otrząsam się z halunów. Choć czasu pozostało dużo, zaczynam wątpić w sens robienia piątej rundy. Wreszcie w ciemności szczeka pies...

One night on Skrzyczne makes a hard man humble
Not much beetween despair and ecstasy
One night on Skrzyczne and the tough guys tumble
It's blizzard, whiteout and insanity
I can feel the devil running next to me

Belgowie dobiegają 20 minut po mnie. W bazie na jednym z krzeseł komaruje Nico. Jest o jedno okrążenie przed nami. Wiele osób z początkowym planem na 5-6 kółek postanawia się wcześniej wycofać. Inni się jeszcze wahają, walcząc ze zmęczeniem i klejącymi się oczami. Później się dowiemy, że Chloe i Luc, choć byli daleko z przodu, poszli spać na kwaterę po czterech pętlach i już nie wstali. Znowu ponad godzinny odpoczynek przy makaronie z sosem i gorącej herbacie. Hans i Theo mobilizują mnie do wyjścia. Holender na swoje szóste koło wyruszył chwilę przed nami.

Get frozen! You're talking to a runner
Whose every step hits the ice like a hammer

Trzy pary raczków głośno chrzęszczą na zmrożonym nadrzecznym bulwarze. Jest najzimniejsza pora doby, ale szybko się rozgrzewamy. Pomału się rozjaśnia, więc zaraz po wejściu do lasu gasimy czołówki. Wspaniały, krwawy wschód słońca nad Tatrami wita nas za stromym trawersem, po wyjściu na grzbiet.

Humory nam dopisują, wiemy że to już niedługo i mamy poczucie dobrze zrobionej roboty. Niedaleko przed szczytem doganiamy Nico. Na Skrzyczne wchodzimy w czwórkę. Kilka minut odpoczywamy w słońcu przy małej przegryzce i popitce, pozdrawiając się z innymi wchodzącymi na taras napieraczami.

Strome zbiegi robimy razem, pstrykając sobie fotki i świetnie się bawiąc. W różnych miejscach udaje mi się uchwycić niezależnie od siebie wszystkich trzech towarzyszy, jak odwalają orły. Nawet na Drodze Przez Mękę jest kupa śmiechu i radość końcowych kilometrów. Mija nas pędząca pod górę grupa z jakiegoś obozu sportowego. Potem się dowiem, że to ekipa Marcina Świerca. Jeśli tam był, to go nie rozpoznałem. Musiałem już być totalnie zadymiony i zamieciony.

But thank God, I'm only watching the dots, controlling them

Na bulwarze dziękujemy sobie za wspólne napieranie, unosimy ręce w górę i ławą wpadamy na metę. Wraz z organizatorami Anią i Michałem czekają na nas Chloe, Luc i Stef. Wpatrywali się w cztery kropki poruszające się razem na mapie – nadajniki, w które wyposażył nas Stef – i wiedzieli, kiedy przyjść nas powitać. Do południa, czyli limitu czasu, zostały prawie dwie godziny. Idziemy ostatni raz coś zjeść do bufetu. Zasypiam z głową zwieszoną nad miską makaronu...

* * * * *

„Skorzystam z tego doświadczenia i następnym razem powalczę na maksa” – napisałem po Zamieci 2015. Wtedy na górze gwizdała mroźna zamieć, a na oblodzonych zbiegach bez raczków miałem zero przyczepności. Mimo to na luzie i bez spinki nabiegałem pięć okrążeń. Teraz w znakomitych raczkach i najlepszej możliwej pogodzie też się udało nakręcić tylko pięć. Jednak napierając w tej rozsypanej mące, każde z nich było ciężko wyszarpane. Wszyscy zgodnie stwierdzili, że to była najtrudniejsza Zamieć w historii. Dotrzymałem słowa. Powalczyłem na maksa.

Wykorzystałem przerobione przez siebie fragmenty tekstu piosenki „One night in Bangkok” Murraya Heada.

Kamil Weinberg

Fot. Kamil Weinberg, Stef Schuermans i Chloe Vincent


 

Polecamy również:


Podziel się:
kochambiegacnafestiwalu
kochambiegacwpolsce