Proszek, który ryje psychę – nasza Zamieć [ZDJĘCIA]
Opublikowane w śr., 01/02/2017 - 08:54
Well I dreamed that I was running, through a wilderness of plenty
And I could hear the hunt behind me, getting closer, getting closer
And I knew that the end was coming and I wished that it was over
Bring me the snowfall, bring me the cold wind, bring me the winter
[New Model Army – Winter]
Przypominający biały piach sypki śnieg ciągnie się z małymi przerwami już od paru kilometrów. Zmieniamy się w torowaniu z Adamem, znajomym z kilku przeszkodowych i górskich biegów. Ale to i tak nie ma znaczenia, w tej mące nie da się torować. Po przejściu jednego człowieka, stu, nieważne ilu, następny ma dokładnie te same warunki – śnieg wraca do swojego wyjściowego kształtu, a raczej bezkształtności.
Po prawej stronie mijamy jakieś domostwo. Na następnych okrążeniach już skryje je ciemność i tylko szczekanie psów będzie oznajmiać jego istnienie. Będziemy go wyczekiwać z niecierpliwością, jako zapowiedzi końca cierpienia.
* * * * *
Plac pod skocznią w Szczyrku ma to do siebie, że w samo południe w ostatnią sobotę stycznia można na nim spotkać dawno nie widzianych wariatów. Zjeżdżają się z całej Polski i nie tylko, by ostro pozamiatać. Znowu widzę towarzyszy z pamiętnej Łemkowyny 2014 i wielu innych górskich wyryp. Jest Stef z Belgii, który tym razem przywiózł trzech ziomków ze swojego kraju, a także Holendra i Nowozelandkę.
That's Szczyrk, a town in Beskidy
No Belgian can pronounce it unless his teeth are gritted
The creme de la creme of the ultra world in a
Show with everything but Kilian Jornet
Dla niego to już trzecia Zamieć – opuścił tylko zeszłoroczną. Ta pierwsza to był arktyczny mróz i lód. Na drugiej, a mojej pierwszej, było mnóstwo śniegu i prawdziwa zamieć na szczycie. Poprzednia była prawie bezśnieżna, ale z jeszcze silniejszą wichurą i paskudnie oblodzona. Teraz warunki są wymarzone do szybkiego napierania – piękne słońce, czyste niebo i lekki mróz. Weterani szykują się do poprawienia życiówek w ilości okrążeń w ciągu doby. Najszybsze harpagany myślą o pobiciu rekordu wszechczasów. Nikt jeszcze nie wie, co ich czeka...
Time flies, doesn't seem a minute
Since the Beskid Cinema had the running boys in it
All change, don't you know that when you
Race at this level, there's no ordinary venue
It's Mont Blanc or Lavaredo
Or Hardrock or, or this place
* * * * *
Pod górę był kopny śnieg, ale jeszcze znośny. Wspaniała pogoda i fajne towarzystwo pomagały dziarsko cisnąć, człowiek się jakoś mniej męczył. Widoki na Babią i Tatry nieco psuł gęsty smog w dolinie. Większość podejścia zrobiliśmy razem z Adamem. Często się mijaliśmy z Hansem i Theo, którzy przyjechali z Belgii wraz ze Stefem. Ten pierwszy rok temu ukończył morderczy 250-kilometrowy Legends Trail w Ardenach, a drugi wystartuje w nim już za kilka tygodni. Na pomiarze czasu koło szczytowego schroniska 1h46. Dziesięć minut szybciej, niż na pierwszym kółku dwa lata temu.
Żel i łyk gorącej herbaty do gardła i lecę w dół. Uzbrojony w doskonałe raczki, błyskawicznie pokonuję górną część zbiegu ze zmrożonym śniegiem i stromymi odcinkami. Kto wie, czy taki sprzęt nie uratowałby mi pamiętnego Els 2900 w 2015 roku... Lodu zresztą prawie nie ma, nawet dno potoku jest pod śniegiem. Jak kilka razy przebiegnie tędy tabun Zamiataczy, to zrobią się piękne zjazdowe rynny na nogi.
Z poprzedniej Zamieci pamiętam, że kawałek do następnej stromej ścianki przez las jest krótki i przyjemny. A tu... niespodzianka. O przebieżności można zapomnieć, no bo jak tu biegać w rozsypanej grubej warstwie mąki! Półtora kilometra takiego rycia to kilkanaście minut, chociaż jest płasko z minimalnym podbiegiem. Ścianka między drzewami też pokryta grubym śniegiem, przez co jest bezpieczna. Zbiegam nią jak kamikadze, by znów wpaść w objęcia sypkiego śnieżnego piachu pod stopami. Tym razem prawie 3 km żałosnego brodzenia. Dogania mnie Adam i już do końca walczymy razem.
Za domostwem mała hopka i długi, stromy zbieg oblodzonymi drogami do samego nadrzecznego bulwaru, który w raczkach jest czystą przyjemnością. Pierwsze koło w 3h01. Minimalnie szybciej niż poprzednio, ale kosztowało mnie znacznie więcej sił. Wtedy było na luzie i bez pośpiechu, a teraz to trzy godziny ciężkiej walki. Zdaję sobie sprawę, że planowane sześć kółek raczej nie wchodzi w grę.
Krótki pić-stop w bazie, na ciepłe żarcie na razie nie mam ochoty. Dwa kubki rosołu, sucha przegryzka, uzupełnienie herbaty w termicznym kubku i do góry. Ruszamy znowu razem z Adamem, potem mi trochę odskoczy. Strome podejście w śniegu wzdłuż siatki zabezpieczającej trasę zjazdową już bardziej męczy. Na słynnym odsłoniętym grzbiecie zaczyna hulać wiatr, ale to zefirek w porównaniu z poprzednim razem jak tu byłem. Szczyt Skrzycznego osiągam w zapadającej ciemności. Czołówkę czas zapalić.


