O motylach, wilkach i nauce wytrwałości. Główny Szlak Beskidzki w duecie kobiecym

 

O motylach, wilkach i nauce wytrwałości. Główny Szlak Beskidzki w duecie kobiecym


Opublikowane w czw., 18/08/2016 - 09:03

PKP Ustroń

Na „metę” docieramy o 23:54.

O czym myśli człowiek, który dotarł do ostatniego punktu na mapie, w który wpatrywał się uporczywie od kilkunastu dni? Wreszcie nie trzeba będzie zrywać się o świcie! Nawet nie mam sił cieszyć się w pełni z zakończenia drogi. Bilans na dziś: 71 km i prawie 20 godzin w drodze. Przyznaję! Na tej mecie najbardziej na świecie miałam dość czerwonego szlaku!

Kaja jako pierwsza kobieta, pokonuje Główny Szlak Beskidzki w tak krótkim czasie. Piękny wynik. Cel zrealizowany! I choć nie postrzegamy go w kategorii wyczynu sportowego, dla Nas będący sumą wszystkich przepięknych wspomnień zebranych w drodze, nawet tych mniej przyjemnych. Wspomnień o pęcherzach na małych palcach u stóp, a raczej tego co z nich już po trzech dniach zostało, rozmów wymienionych z ludźmi na szlaku, zapalenia mięśnia w lewej stopie, źle dobranych butów, rewolucji żołądkowej o której opowieści wolę Wam oszczędzić, historii Kajowego kolana, dnia postoju na Turbaczu, poranków rozpoczynanych rytuałem smarowania stóp, tony zużytego Sudocremu i maści końskiej, wspólnych śniadań z widokiem na Tatry, okrzyków radości na szczycie Babiej Góry, krokodylich łez wylanych w emocjach, chłodu mrożonek na mojej zmęczonej kostce, aż po burzę na Równicy na piękne podsumowanie całości.

Po wszystkim utwierdziłam się w przekonaniu, że planować można wiele, problem pojawia się wtedy kiedy niemożliwym jest ten plan wykonać. Co wtedy? Poddać się? Fajnie jest już od początku mieć plan B, który zakłada, że coś może nie poukładać się po naszej myśli. Niełatwo jest rezygnować, kiedy całą sobą chciałoby się iść dalej. To zupełnie tak jak z zawodami sportowymi na długim dystansie. Nigdy nie wiesz co może cię zaskoczyć w ich trakcie. Dziś śmieję się, wspominając nasz absolutny brak takiej prawdziwej świadomości na temat tego co nas czeka w drodze. Owszem wyobraźnia przedstawiała mi najgorsze scenariusze, jednak wtedy wydawały mi się one tak mało realne, że umysł bronił się przed przyjęciem ich do wiadomości jako oczywistą ewentualność. Co innego wyobrażać sobie, że jest nienajlepiej, a co innego przeżyć to na własnej skórze. Z wszystkich plag, które mogłam sobie wymarzyć przytrafiła mi się ich absolutna większość! Dlatego może lepiej już nie wyobrażać sobie niczego. Wziąć plecak, iść, przeżyć to i doświadczyć.

Dziękuję Kaja za czas, który spędziłyśmy razem, zagadki Roberta na każdy dzień przejścia szlakiem. Roberta wielką pomoc, słowne wsparcie na każdym etapie trasy. Kaja Tobie za uśmiechy i cały wachlarz emocji, których w moim jestestwie tak niewiele. Dziękuję za kilometry w milczeniu i w ciszy, rozmowy o naprawianiu świata i na tematy mniej istotne. Dziękuję za szkołę podchodzenia z palców, naukę wytrwałości, wielką lekcję partnerstwa na najwyższym górskim poziomie. Z Tobą na koniec świata!

Mam w pamięci jeden obrazek, kiedy myślę o całej naszej przygodzie. Ósmy dzień w drodze. 28 kilometr trasy. Godzina 8:30. Słońce jest już wysoko na niebie. Szczyt Babiej Góry. Bezchmurne niebo, a przed nami przepiękny horyzont z najlepszym na tej ziemi widokiem na Tatry. Patrzę w oczy uśmiechniętej Kai i głośno krzyczę próbując przekrzyczeć wiejący wiatr – Jesteśmy na szczycie i kochamy życie!

Dzień 8. Nowe życie, nowe horyzonty. Widok z Babiej Góry

Z przemyśleń, które wpisałam w moim podróżnym zeszycie, którymi może warto się podzielić. Bez znaczenia co do kolejności, bo zapisywane gdzieś w drodze, na szlaku.

Pakowanie – minimalizm w mojej ocenie, był grubymi nićmi szyty. Gdybym miała szansę spakować plecak ponownie ważyłby maksymalnie trzy kilogramy. Spakowałabym do niego konieczne minimum. Leki przeciwbólowe, maści, długi rękaw, lekkie spodnie, koszulkę do spania, bieliznę, kilka par skarpet, dokumenty, pieniądze, bukłak z wodą. Wszystkim czego potrzebujesz są Twoje nogi!

Buty to najważniejsza rzecz na etapie przygotowań. W drodze wystarczy jedna para, ale taka za którą palec, ba rękę mogłabyś oddać. Nie mogą Cię zawieść. Sprawdzone w górach. Najlepiej z twardym, mocnym bieżnikiem. Amortyzacja przy takim kilometrażu, robi różnicę.

Jeśli zamierzasz iść na ciężko i biegać na szlaku to albo jesteś Ultrabliźniakiem, albo amatorem, turystą. Dzień dobry! To ja! Musiałbyś być ze stali, a i to nie wiem czy na wiele by się zdało - nie pobiegasz zbyt wiele. Moje stawy nieprzyzwyczajone do takich obciążeń, zbuntowały się już po pokonaniu pierwszego etapu trasy. Bieszczady rozstrzygnęły też dalszy scenariusz Naszej przygody. Pozostałą część szlaku pokonałyśmy marszo/truchtem. Ja z tego samego powodu zafundowałam sobie przerwę na szlaku.

Jeśli jeszcze kiedyś zechcesz zrobić to i masz zamiar biegać, zrób to na lekko. Stawy i mięśnie podziękują większą wydajnością, a ryzyko kontuzji zmniejszy się o jakieś 50%.

+1000 do mocy po każdym ciepłym posiłku. Choćbyś miała stracić i pół godziny z zaplanowanego czasu przejść – zjedz normalny obiad. Nam zdarzyło się zapomnieć… Kilka razy… Co tu dużo opowiadać! Nie polecam.

Sudocrem to Twój dobry kumpel, a maść końska najwierniejsza koleżanka.

Szlak Beskidzki czasem boli, ale możesz nieco sobie w drodze ulżyć, jeśli przygotujesz się do drogi odpowiednio dobrze. Jeśli znasz się na rzeczy i czujesz się superkozakiem – Śmiało! Pokonasz Bieszczady w jeden dzień! Jeśli jednak już w połowie planowanego dystansu nie czujesz się nawet w 1/4 super… Kolejny raz, zaplanuj inaczej. Bieszczady były pierwszym dniem Naszej drogi. 70 kilometrów z przewyższeniami ponad 3 kilometry w górę, z niewiele mniejszą wartością w dół były kiepskim pomysłem na rozgrzewkę przed czekającym Nas jeszcze kilometrażem. „Stracone” kilometry na tym odcinku mogłyśmy rozłożyć na kolejne dni wędrówki np. Przyjazny Beskid Niski.

Choćbyś nie wiem jak przygotowała się do wyprawy. Nigdy nie wiesz jak zareaguję Twój organizm w jej trakcie. Słuchaj czego potrzebuje i nie lekceważ żadnej z jego próśb. Przygotuj się też na sytuację pt. absolutny brak dobrego nastroju. There is no place like GSB!

Przy najmniejszym przejawie dyskomfortu – kamień w bucie, otarcia, odparzenia, pęcherze – reaguj tu i teraz. Komfort psychiczny przy takim kilometrażu dziennym jest najważniejszy. Jeśli pojawią się pęcherze. Pozbądź się ich. Oszczędzisz sobie kilka zbędnych boleści. W nocy daj stopą oddychać. Zmasakrowanych paluchów nie oklejaj warstwą plastrów, compeedów i pod żadnym pozorem nie wpadaj na pomysł by usuwać martwy naskórek, choćby nie wiem jak się o to prosił. Świat się kręci wokół stóp!

Pogoda rozdaje karty. I jesteś naprawdę wielkim szczęśliwcem, jeśli deszcz w ciągu 10 dni wyprawy zlał Cię zaledwie trzy razy.

Sen – regeneracja i odpoczynek są najważniejsze zaraz po jedzeniu. Śpij minimum 6 godzin przed każdym, kolejnym dniem wędrówki.

Elektrolity – oprócz dużej ilości spożywanych płynów (ok. 5-6 l dziennie) zajadaj co jakiś czas tabletki mocy, nadrobisz w ten sposób choć część utraconych w drodze makro/mikroelementów.

Kolor czerwony! Ulubiony! fot. Kaja Milanowska

Droga na Rysiankę. fot. R. Zabel

Dzień dobry Ustroń! Fot. Katarzyna Melcer

Relacja Kaji: TUTAJ

Katarzyna Melcer


 
 

Polecamy również:


Podziel się:
kochambiegacnafestiwalu
kochambiegacwpolsce