O motylach, wilkach i nauce wytrwałości. Główny Szlak Beskidzki w duecie kobiecym
Opublikowane w czw., 18/08/2016 - 09:03
Samotność długodystansowca
Do Jasła docieram łapiąc okazję, stamtąd z dwoma kolejnymi przesiadkami ląduję w Zdyni. Sprawdzam jak biegnie tu szlak. Dzwonię do Kai, organizuję noclegi. Noga wcale nie wygląda lepiej. Po raz pierwszy od kilku dni odpalam maila. Sprawdzam co słychać na świecie. Czytam wiadomości. Rytuał z normalności od piątku poszedł w odstawkę. Zupełnie odcięłyśmy się od rzeczywistości. Mnie ta nowa rzeczywistość bardzo odpowiada.
Beskid Niski. Po raz pierwszy byłam tu rok temu, pomagając jako wolontariusz na trasie najdłuższego z dystansów Łemkowyny. Na to wspomnienie robi mi się raźniej na sercu. Przyznaję w miejscu tym zakochałam się od pierwszego zobaczenia. Przypomina mi dzieciństwo i wakacje spędzane u dziadków. Tutaj czas zatrzymuje się w miejscu. Niepowtarzalnie, pięknie i dziko. W przełożeniu na szlak – bardzo łatwo o zagubienie trasy. Czerwony szlak urywa się tu kilkukrotnie, więc co mniej uważny może tu się łatwo pogubić.
Kiedy tak czekam na Kaję, dzwoni do mnie Rafał Bielawa, jeden z „Ultrabliżniaków” . Opowiadam mu co działo się do tej pory. Mówię o decyzji zejścia z trasy. Z Rafałem nie miałam nawet okazji poznać się osobiście. Przed Naszą wędrówką napisałam na facebookowy fanpage chłopaków, prosząc o kilka wskazówek dotyczących trasy, bagażu. Umawiamy się nawet na telefon kolejnego dnia, ale niestety oboje mamy pełen kalendarz i ostatecznie, po raz pierwszy rozmawiamy ze sobą właśnie wtedy! Rafał! Wyczułeś moment!
W oczekiwaniu na Kają ciągle zastanawiam się gdzie może być. Dzwonię, pytam jak jej idzie. Podobnie jak mnie, najbardziej brakuje jej towarzystwa, ale po głosie słyszę jest całkiem dobrze, bo odcinek ten pokonuje bardzo szybko. Według moich obliczeń do Zdyni dotrze przed 19:00.
Wieczorem ustalamy plan na dzień następny. Dotrę do Krynicy i tam podejmę próbę powrotu na trasę.
Szczęście
- Jedzie Pan w kierunku Gorlic? Podrzuciłby mnie Pan? – pytam kierowcę auta, które zatrzymuje się na pustej drodze w Zdyni – Powodzenia! – wołam jeszcze w stronę Kai, zmierzającej w kierunku szlaku, zanim wejdę do auta. Na długo zapamiętam, wyraz jej twarzy, kiedy żegnałyśmy się wówczas wzrokiem na szlaku. Ten poranek nie należał do najszczęśliwszych. Chodź trochę się boję, że Kaja ponownie została sama, staram się o tym zbyt dużo nie myśleć. Wstaje nowy dzień, na drodze jest zupełnie pusto, cicho, mijamy Gładyszów, drogę na Nowicę, aż do miasta jesteśmy jedynym autem jadącym tą trasą. Zagaduję kierowcę. Pytam o wilki. Czy często widziane są w okolicy. Na co on opowiada mi historię z poprzedniej nocy, kiedy pilnując gdzieś na wsi sprzętu budowlanego, wilki dbały o to by nie zasnął, wyjąc aż do rana! Rozmawia się miło, a że Pan sporo wie na temat przyrody, wypalam z pytaniem, którym w pierwszym dniu Naszej wędrówki zaskoczył Nas Robert. - Nie wie Pan przypadkiem czy motyle śpią? I chociaż na tą zagadkę odpowiedź znałam to jeszcze kilkukrotnie pytałam o to ludzi na szlaku. Nie ważne było czy znali odpowiedź. Najważniejsze, że każdy uśmiechał się zastanawiając się nad właściwą odpowiedzią. Przekonana też jestem, że niektórzy po powrocie do domu, poczytali więcej o motylach!
W Gorlicach przesiadam się w autobus, w Krynicy jestem przed 9:00. Kiedy tam docieram. Miasto znane mi z dzikich tłumów jeszcze mocno śpi. Deptak główny wieje pustką.
Dobrze znam czerwony szlak w tej okolicy. Szukam miejsca na przepak i kawę. Szukam też sklepu, w którym mogłabym kupić nowe buty. Jest sklep. Mierzę kilka par. Nie ma szans, że pójdę dalej, jeśli nie zaopatrzę się w inne. Chciałabym już być z Kają, czuć zmęczenie drogą, kontynuować przerwaną wędrówkę. Moja noga ma się dużo lepiej. Ból który uniemożliwiał chodzenie, odpuścił. Z decyzją zakupu nowej pary poczekam jednak na Kaję. Sama musi wymienić wkładki do butów, więc na pewno tu jeszcze wrócimy.
Powroty
- Wiesz cieszę się, że jesteś znowu ze mną – słyszę wesoły głos za mną. – Czuję się tak, jakby dzień zaczął się dla mnie od nowa - dodaje. Jest szczęście. Kupiłam buty! Mogę iść. Wrzucam piąty bieg. Bardzo szybko pokonujemy drogę z Krynicy na Jaworzynę Krynicką. W nagrodę, na górze po raz pierwszy, jako dobry zwiastun dostajemy piękny widok na Tatry! Odtąd będzie on nam towarzyszył, każdego dnia. Przed nami dziś jeszcze 20 kilometrów drogi. Pytam Kaję jak kolano. Już od drugiego dnia dawało o sobie znać, poza tym w nogach ma dużo więcej kilometrów niż moje. Odpowiada krótko. Jest ok. Dziś nocleg na Cyrli. Droga dłuży się nieco na finiszu, ale całe i szczęśliwe docieramy wreszcie do schroniska.
Never ending story?
Równica. Szczęście wielkie! Dotarłyśmy! Do mety zostało jakieś 8 kilometrów. Uwierzcie, dziś osiem brzmi jak jakiś wielki bezkres. 8 długich kilometrów. Strome zejście z Czantorii daje mocno w kość. Nogi są już mocno zmęczone, staram się zapomnieć o dokuczającym kolanie, zagadując idącą z przodu Kaje. Jest już po 20:00. Powietrze robi się mocno gęste, wygląda na to, że zbiera się na deszcz. Ledwo zdążyłam o tym pomyśleć, gdy gdzieś w pobliżu słyszę odgłosy zbliżającego się armagedonu. Zadzieram głowę w górę i widzę: Piękna ona! Pani burza! Chwała, że oszczędziłaś nas na zejściu! – myślę i przyśpieszam kroku. Jak najszybciej chcemy dotrzeć do miasta. Jesteśmy na dole. Ustroń. Centrum. Chwila konsternacji, w poszukiwaniu oznaczeń szlaku. Gdzie jest Robert? Tymczasem Pani burza zaczyna swoją ceremonie. Rozkręca się nieśmiało, co jest zwykle zapowiedzią dobrej nawałnicy. Powietrze pachnie elektrycznością. W kilka minut robi się całkowicie ciemno! Na niebie przepiękny spektakl. Ulice płyną. Jest Robert! Schował się pod drzewami bliżej drogi. Co dalej? Idziemy? Czekamy? Jak długo to potrwa?
Chowamy się na najbliższym przystanku autobusowym. Mam serdecznie dość przygód na dziś. Iść dalej? W taką pogodę? Nie ma mowy! Na samą myśl o tym serce mam blisko gardła. Nie przekonuje mnie nawet wizja bliskiego końca szlaku. – Przeczekamy i ruszamy dalej? – słyszę obok nieśmiałe pytanie Kai. Robert i ja, w głowach mamy wizję zakończenia przygody na dziś i dokończenia drogi rano. Kaja mocno apeluje, że ma dość wszystkiego i chciałaby bez względu na Nasze pomysł dziś „TO” wszystko zakończyć. Pogoda mówi, że o 22:00 ma zacząć się przejaśniać. Skoro tak, jest szansa, że za chwile deszcz ustanie. Wpadamy na kolejny „genialny” pomysł. Dziś sypiemy nimi jak z rękawa! Wejdziemy na Równicę. Tam jest schronisko. Tam zdecydujemy co dalej. Deszcz faktycznie odpuszcza, jakby chciał pozwolić nam dokończyć co zaczęliśmy. Odpalamy czołówki i idziemy w górę. Jest przede wszystkim: mokro. Dyskomfort w mojej głowie osiągnął poziom na limicie. Już ponad 17 godzin jesteśmy w trasie. Po raz drugi tego dnia przemokłyśmy do suchej nitki. Układam plan w głowie, rozważam wszystkie za i przeciw zakończenia wędrówki wcześniej. Przyglądam się walecznej Kai idącej jakieś 100 metrów przede mną. Przeprowadzam krótki dialog z własnym ja. - Serio chcesz wstawać rano, i kulać się te kilka kilometrów? Wraca racjonalność myśli. Schronisko jest już bardzo blisko. Robert czeka na Nas na rozwidleniu szlaku. Doganiam Kaję. Ogłaszam obojgu co postanowione. - Kończmy to – rzucam w ciemność nocy. Obie mamy tak samo dość. Zostało jednak tak niewiele. Przestało padać, a przed nami ostatnie cztery kilometry. Opadają emocje. Ja powoli wracam na ziemię. Teraz dosłownie i w przenośni „już tylko z górki”.
.jpg)
