O motylach, wilkach i nauce wytrwałości. Główny Szlak Beskidzki w duecie kobiecym

 

O motylach, wilkach i nauce wytrwałości. Główny Szlak Beskidzki w duecie kobiecym


Opublikowane w czw., 18/08/2016 - 09:03

Droga długa jest

Już pierwszy dzień pokazał Nam na co stać GSB. Góry wyraźnie obraziły się na Naszą zuchwałość i postanowiły dość mocno Nas postraszyć. Start z Wołosatego tuż przed 8:00. Późno jak na plan pokonania 70 kilometrów. Z każdym dniem pora wstawania i wychodzenia na szlak przesuwać będzie się coraz bliżej północy. Dla porównania ostatniego dnia, kiedy do pokonania miałyśmy podobny kilometraż, pobudkę zarządziłyśmy już o 3:00. Po godzinie drogi, jeszcze daleko przed Tarnicą, zaczyna kropić. Ot Bieszczady. 9 kilometr trasy, przed Nami jeszcze… Bagatela! Jakieś sześćdziesiąt! Leje! Pływam w butach!

I tak właśnie przyszło poznać Nam Bieszczady do tej pory znane tylko z opowieści o Rzeźniku pełnym błota i deszczu. Jak się później okazało był to dopiero początek tego co chciały nam dziś jeszcze zaserwować. Połoniny nie były w najlepszym nastroju. Caryńskiej pamiętać nawet nie chcę. Zaprezentowała się z tej najgorszej strony. Groźna, wietrzna i deszczowa, nie odpuściła nawet na chwilę. Ten dzień odbije mi się jeszcze czkawką. Do Bacówki pod Honem w Cisnej docieramy po 23:00. Jesteśmy mokrzy, zziębnięci i niebotycznie głodni. - Aha. Dziewczyno! Przyzwyczaj się! - Mówię sobie w duchu. W Bacówce ratują Nas gospodarze, którzy czekają z ciepłym posiłkiem. Nic tak nie stawia na nogi jak dobre jedzenie! Rano zamierzamy wstać wcześniej więc musimy szybko spakować się do łóżka. Wyrabiamy się grubo po 00:00. Już wtedy wiem, pobudka nie będzie najłatwiejsza.

Bye, Bye Bieszczady! Wrócimy tu jeszcze! Fot. R. Zabel

Cały dzień na szlaku towarzyszył nam Robert, Chłopak Kai. Będzie z Nami podczas pierwszych trzech i dwóch ostatnich dni trasy. Drugiego dnia umawiamy się z nim w Puławach Górnych. Przed Nami kolejny dzień o niemałym kilometrażu, nie wspominając o przewyższeniach z jakimi trzeba się zmierzyć.

Jeszcze tylko przez kilka dni analizowałyśmy trasę w ten sposób. Później przestałyśmy myśleć o szlaku w kilometrach. Każdy następnych dzień mierzyłyśmy wyznaczonymi wcześniej punktami na posiłek. Posiłek był równoznaczny z postojem, dlatego też tak bardzo lubiłyśmy te nasze punkty odżywcze. Planowałyśmy je zwykle po 30 kilometrze dziennego dystansu. Był to też czas na to by nogi mogły odpocząć.

Po kilku dniach w trasie wiele rzeczy ważnych dla Nas przed, stało się jakby mniej istotne. Im bliżej końca, tym mniejsze znaczenie miały dla Nas przewyższenia, kilometraż. Na tak wielkim zmęczeniu mocno obniża się też znaczenie wartości „błahostek” dnia codziennego. Jesteś ciągle brudny, zmęczony i głodny. To normalne. Punkt ważności przesuwa się w kierunku ciała. Wszystko kręci się wokół niego. Najistotniejsze jest to co i gdzie Cię aktualnie boli lub czy na pewno masz suche buty. Na tym też skupiają się rozmowy: „Kaja jak kolano? - Dziś dużo lepiej? - A Twoja kostka? – Jest nieźle”. Mimo, że próbujesz, nie możesz o tym nie mówić.

Smerek! Dumne zdjęcie na szczycie. Fot. R. Zabel

Sometimes s*** happens

Dzień czwarty. Świta. Pierwszą myślą po przebudzeniu, jest moja stopa. Sprawdzam jak wygląda po czarach pani Ludmiły, olimpijki ze Słowacji, która podała Nam wczoraj kolację. Nie wygląda. A nawet wygląda dość kiepsko. Mimo to zbieramy się i wracamy na szlak. Odcinek z Chyrowej do Kąt przechodzimy w zatrważającym tempie. Idąc tak, a bardziej kuśtykając zaczynam bić się z myślami. Co robić? Iść dalej i zrobić sobie krzywdę? Czy ten szlak warty jest kontuzji, która może wykluczyć mnie na kilka następnych miesięcy z aktywności? Na każde z nich odpowiadam przecząco.

W Kątach rozmawiam z Kają. Podejmuję decyzję. Choć głowa krzyczy, żeby iść dalej, rozsądek podpowiada zupełnie inaczej. Przekonana jestem, że to słuszna decyzja. Ustalamy plan. Postanawiam dotrzeć do Zdyni i poczekać tam na Kaję, w tym czasie stopa ma odpocząć, a ja postanowić co dalej.

Trudne decyzje nie przychodzą łatwo. Na początku byłam zła na siebie za taki, nie inny wybór butów. Nie miałam jednak doświadczenia w długich, górskich wędrówkach z ciężkim plecakiem, dlatego zaufałam butom, które biegowo sprawdzały się w górach najlepiej. Pech chciał, spudłowałam! Dzięki temu już drugiego dnia, nabawiałam się zapalenia mięśnia, które wcale nie dziwne z każdym, kolejnym pokonanym kilometrem bolało coraz mocniej. Z tego też powodu ostatnie trzy kilometry do Puław, już drugiego dnia wędrówki trwały dla mnie całą wieczność. Kompletna rozsypka. Trzeci dzień jest zupełną katastrofą. Staram się zacisnąć zęby i iść dalej, ale ból jest tak duży, że z trudem hamuje grymasy na mojej twarzy. Stopa jest jak balonik, przy każdym kroku czuję w lewej pięcie przeszywający ból, na podobieństwo wbijania igieł. Bardzo paraliżuje to nasze tempo. Noga potrzebuje odpocząć. Przystanek Chyrowa. Tego dnia miałyśmy dotrzeć do Kąt. Tam rezerwowałyśmy nocleg. Dalej dziś nie pójdę. To nasze pierwsze opóźnienie w planowanej trasie.

W głowie miałam wtedy tysiąc myśli. Zastanawiałam się co jest powodem tak opłakanego stanu kostki. Przeciążenie? Kilometraż? Plecak? Cofam się w pamięci do przygotowań. Nogi dobrze znają taki dystans. Plecak? Dodatkowo obciąża mięśnie co na pewno ma w tym swoje zasługi. Buty? Lekkie, w góry i eureka! Do biegania! W drodze kilkukrotnie łapię się na tym, że łatwiej idzie mi się boso. Wyczekuję przystanków, tylko po to by na moment uwolnić z nich stopy. Bez butów nogi czują się dużo lepiej. Już trzeciego dnia okazuję się, że chodzenie w nich może boleć. Bolało nieziemsko. Żeby kontynuować wędrówkę musiałam zmienić buty. Pytanie tylko skąd wziąć inne buty w środku Beskidu Niskiego?


Polecamy również:


Podziel się:
kochambiegacnafestiwalu
kochambiegacwpolsce