Cztery życia napieracza – Granią Tatr naszymi oczami
Opublikowane w pon., 17/08/2015 - 20:48
Na stromym podejściu na Polanę Kopieniec wychodzę na czoło i udaje mi się skleić trójkę cisnącą przed nami. Może to kluczowy moment, bo zbijamy się w silną szóstkę dającą sobie nawzajem mocne zmiany. Na zbiegu zgarniamy jeszcze jedną dziewczynę. Wydawała się tracić wiarę, ale teraz trzyma się z nami. Wyciągamy czołówki, w dół pędzimy na złamanie karku, pod górkę też biegniemy. Pół godziny do limitu. Ile do końca? 4.5 km?
Ostatnie podejście na Nosalową Przełęcz. Niby krótkie, ale... to jeszcze nie koniec, jeszcze nie ta przełęcz. W dół i znów w górę na tę "właściwą", gdzie stoi wolontariuszka. Światła czołówek rozjaśniają leśną ścieżkę. Dwadzieścia minut! - wołam do moich towarzyszy. Cały czas biegniemy, choć jest wciąż pod górę. Przecież minęliśmy przełęcz i do końca miało już być w dół! Wreszcie przełamanie i zaczyna się zbieg. Siedemnaście minut! Kamienie uskakują spod nóg, serce chce wyskoczyć do gardła, adrenalina tłumi ból. Które życie już dziś dostałem w tej grze? Czwarte?
Wypadamy na bruk w Kuźnicach, grupka się rozpadła, teraz już każdy sam walczy na własną rękę. 2 km zostały – woła wolontariusz na zakręcie. Stoper pokazuje 12 minut do limitu. Jeden z towarzyszy broni wyrwał do przodu, z drugim biegniemy razem, reszta gdzieś za nami. Chyba się udało... – wymieniamy porozumiewawcze spojrzenie.
Długa prosta w dół. Mając 70 km w nogach lecimy pewnie poniżej 5 min/km. Lekki zakręt, zza niego wyłania się następny. Gdy do niego dobiegamy, widzę światła samochodów na Rondzie. Wydają się tak daleko. Te 2 km to chyba takie „góralskie”, czyli z hakiem. Mój współnapieracz trochę zwalnia. Już nie czekam, tylko przechodzę w sprint, nie dowierzając stoperowi i własnej ocenie odległości.
Nie patrz już na zegarek, masz trzy minuty, meta tam w lewo, jeszcze 300 metrów! - krzyczy do mnie ktoś z obsługi na skrzyżowaniu przed Rondem. Wpadam w światła mety na stadionie, spiker wywołuje mój numer. Na zegarze 16:57:46. Mój okrzyk radości słychać chyba na Giewoncie.
* * * * *
Limit ostatecznie został przedłużony o 15 minut - to chyba taka rekompensata za wydłużenie trasy w porównaniu z pierwszą edycją. Satysfakcja z ukończenia zawodów w orginalnym limicie 17 godzin po dramatycznym finiszu jest jednak bezcenna. Na mecie czekała ciepła kolacja, piwo i koszulka finiszera w trzech kolorach do wyboru. Wkrótce po moim dobiegnięciu odbyła się dekoracja zwycięzców. Jak już wszyscy wiemy, wygrał Bartosz Gorczyca (9:16:05) przed ubiegłorocznym zwycięzcą Przemysławem Sobczykiem i Piotrem Hercogiem, a wśród pań Anna Figura (11:51:33), wyprzedzając Olgę Łyjak i Natalię Tomasiak. Bieg ukończyło 241 osób na ok. 350 startujących. Pełne wyniki TUTAJ.
Monika i Justyna z ekipą po raz drugi zorganizowały wspaniały bieg, jak na nasze warunki tak wyjątkowy, jak same Tatry. Ogromne podziękowania należą się wolontariuszom i TOPR-owcom zabezpieczającym trasę i obsługującym punkty, turystom ustępującym nam miejsca i zagrzewającym nas do walki, a także sponsorom, bez których Bieg Granią Tatr pewnie nie byłby możliwy. Jedynym zgrzytem (to osobista opinia autora relacji) wydaje mi się postawa władz TPN, które kontynuują tradycje Janosika, ale nie chce mi się rozwijać tego tematu...
Dla mnie to na pewno był najtrudniejszy technicznie górski bieg, i jeden z najcięższych w ogóle. Walczyłem wcześniej z megakryzysami i przepychałem ściany, ale czy to na 7 Dolinach, czy Łemkowynie zawsze miałem w głowie pewność, że to skończę. Tu granica między zwątpieniem a nadzieją była cienka jak nigdy przedtem. Jazda na fizycznej i psychicznej krawędzi trwała dla mnie praktycznie od Czerwonych Wierchów, a więc przez ponad połowę trasy. Bardzo pomogli przyjaciele, z którymi razem zaczęliśmy ten bieg i nieraz spotykaliśmy się na trasie. Bez towarzyszy z naszej dzielnej siódemki na ostatnim odcinku nie wiem, czy bym się zmieścił w 17 godzinach.
Z wyniku jestem średnio zadowolony, bo liczyłem na lepszy, a idiotyczna ułańska szarża na pierwszym etapie mogła się przyczynić do późniejszych kłopotów. Dzięki temu dowiedziałem się jednak czegoś nowego o sobie - że nie ma takich kłopotów, z których bym nie wyszedł. No ale chyba po to właśnie biegamy ultra?
Kamil Weinberg

