Cztery życia napieracza – Granią Tatr naszymi oczami

 

Cztery życia napieracza – Granią Tatr naszymi oczami


Opublikowane w pon., 17/08/2015 - 20:48

Nosalowa Przełęcz, 20:40. Światła czołówek rozjaśniają leśną ścieżkę. Dwadzieścia minut! - wołam do moich towarzyszy. Cały czas biegniemy, choć jest wciąż pod górę. Przecież minęliśmy przełęcz i do końca miało już być w dół! Wreszcie przełamanie i zaczyna się zbieg. Siedemnaście minut! Kamienie uskakują spod nóg, serce chce wyskoczyć do gardła, adrenalina tłumi ból. Które życie już dziś dostałem w tej grze? Czwarte?

Kamil Weinberg

* * * * *

Podejście na Jarząbczy Wierch, 7:00. „Ściana śmierci”, jak je nazwaliśmy z tatą, kiedy pierwszy raz napierałem tędy jako małolat. Jest bardzo stromo, sznureczek zawodników gęsiego podąża pod górę. Czuję się świetnie, gdzie się da wyprzedzam skokami po kilku biegaczy naraz. Spotykam Krzyśka Gajdzińskiego, łemkowskiego cappo di tutti. Urywanymi zdaniami wymieniamy pozdrowienia i kilka uwag na temat biegu. Zbieg ze szczytu bardzo techniczny, po stromych kamieniach, ale dalej się przesuwam w górę stawki...

Punkt 4:00 druga edycja Biegu Granią Tatr wystartowała w świetle czołówek z Siwej Polany. Dolinę Chochołowską potraktowałem rozgrzewkowo, spokojnym truchtem, choć podbieg był prawie niewyczuwalny. Przy schronisku robiło się już jasno. Dopiero tu ruszyłem ostro do przodu, bez przerwy wyprzedzałem. Przed Grzesiem powitał nas cudowny, czerwony wschód słońca. Idzie Grześ przez wieś, worek z wodą niesie... – nuciłem pod nosem, goniąc kolejnych zawodników. Szedłem jak burza i na Wołowcu zameldowałem się w 2h20 od startu. Nie za szybko jak dla mnie? Ale mając optymistyczne założenie 15 godzin z hakiem na mecie, nie ma co się opierniczać.

Założenie było rzeczywiście optymistyczne. Na podejściu na Starorobociański pojawia się kryzys. Wyraźnie zwalniam, kilka osób mnie mija. Poranne słońce już mocno przygrzewa i zaczyna osłabiać. Na piku chwilę odpoczywam, łykam kolejnego żela, radość z osiągnięcia najwyższego punktu trasy miesza się ze zmęczeniem. Teraz do Hali Ornak już tylko w dół - pocieszam się. Co będzie dalej - na razie nie myślę.

Tylko w dół? Na grzbiecie Ornaka dostajemy w promocji kilka solidnych hopek. Obdarzam je całym znanym mi słownikiem wulgaryzmów. Na Iwaniacką Przełęcz po stromych, kamiennych schodach nie da się za szybko zbiegać, ale i tak nadrabiam ile się da, bo gdzie jak nie tu. Na bufet wpadam w 5h20, zupełnie wykończony.

Rzucam się na kilka kubków wody i izotonika, pochłaniam jeden po drugim kawałki arbuza, zwalam się na ławkę w półletargu. Dużo ludzi już tu postanawia zejść, choć do limitu została ponad godzina. Asia i Sylwia przychodzą po mnie, ale ruszają szybciej. Darek wtacza się na punkt w stanie podobnym do mojego. Płyną minuty i kubki wody, a ja nie mam siły się ruszyć.

Nawet nie zauważam, kiedy tak upłynęło pół godziny. Życzę powodzenia Darkowi, łapię owsiane ciasteczko i z pełnymi ustami wyruszam na spotkanie Ciemniaka. Przez pierwsze kilometry towarzyszy mi Maciek, znajomy z Ultra Rzeźnika, później mu odskakuję. Mam drugie życie, mijam wielu z tych, którzy opuścili Halę Ornak przede mną. Liczę na pokonanie etapu do Murowańca w trzy i pół godziny. Po wyjściu nad kosówkę, zanim zdążę wyciągnąć aparat, przebiega mi drogę stadko kilkunastu kozic. Może przyniosą szczęście, tak jak koty?

Ciemniak okazuje się jednak wyjątkowo wredną górą. Podejście dłuży się w nieskończoność, słońce praży, parne powietrze stoi w miejscu. Zza grani słychać groźne pomruki burzy. Za Chudą Przełączką spadają pierwsze krople deszczu. Nad słowackimi Tatrami Wysokimi wisi czarna chmura, z której raz po raz błyska i grzmi.

Wolontariusz zagrzewa nas do walki i zachęca do wyrzucania śmieci do worka. Na końcówce podejścia mimo niesprzyjającej pogody gęsto od turystów, którzy jednak ustępują nam miejsca i wspaniale dopingują. Na szczycie melduję się po nieco ponad dwóch godzinach, wolniej niż planowałem. I dużo bardziej wykończony, niż planowałem. Czerwone Wierchy przelatuję w miarę szybko przy akompaniamencie niedalekiej burzy, ale zmęczenie się nawarstwia. Na Małołączniaku wracają wspomnienia - jako dziewięciolatek wyrypałem na niego jako mój pierwszy dwutysięcznik...

Już wiem, że będzie wyścig z czasem. Ani przez chwilę nie jest płasko. Im bliżej Kasprowego, tym liczniej pojawiają się zagrzewający do walki turyści. W newralgicznych punktach wolontariusze spisują numery i dodają otuchy, że jeszcze jest szansa zdążyć na limit. Inne zdanie ma kilku zawodników, których doganiam. Co z tego że nawet zdążę, jak potem do Wodogrzmotów i tak się nie wyrobię - słyszę od jednego z nich, smętnym krokiem podążającego w stronę stacji kolejki. Przy życiu trzyma mnie myśl o zapowiadanej zupie pomidorowej w Murowańcu.

Wreszcie mijam Kasprowy, na zbieg zostało mi jakieś pół godziny. Wrzucam piąty bieg, choć z tyłu głowy siedzi myśl, że to tu na pierwszej edycji pewien nasz eksportowy ultras w pięknym stylu zarył nosem. Przed oczami migają tylko pobocza szlaku i uskakujący turyści, w głowie gonitwa myśli i pytanie, czy jest sens dalej napierać. Zwalniam dopiero przed samym schroniskiem. Kiedy w szpalerze ludzi wchodzę na bufet, zegar pokazuje godzinę 13:50. 9h50 od startu.

Polecamy również:


Podziel się:
kochambiegacnafestiwalu
kochambiegacwpolsce