Cztery życia napieracza – Granią Tatr naszymi oczami
Opublikowane w pon., 17/08/2015 - 20:48
Równe cztery godziny z Ornaku, dziesięć minut do limitu. Siadam na glebie i długo łapię oddech. Z radością widzę moich zaprzyjaźnionych wolontariuszy, Milenę i Bartka. Od razu się mną zajmują, biorą plecak do uzupełnienia bukłaka, podają kubki z wodą, kompotem i colą. Znowu pochłaniam arbuzy, zmuszam się do przełknięcia drożdżówki. Pomidorówka niestety wyszła, starczyło jej tylko dla szybszych zawodników - wiadomość o tym jest jak ostatni gwóźdź do trumny. Asia była tu kilka minut przede mną, wychodzi zaraz po moim przybyciu. Atmosfera jest przygnębiająca, wszyscy twierdzą, że kto stąd wychodzi na limicie, ten do Wodogrzmotów się raczej nie zmieści. Wszyscy z wyjątkiem Bartka i Mileny.
Co tu jeszcze robisz, ruszaj d...! – pogania mnie Bartek, a ja nie mam siły podnieść czterech liter z gleby. Wychodzę dopiero o 14:15 po kolejnym opieprzu. Dzięki, bracie! Zdążam jeszcze przybić piątkę z Darkiem, który doczłapał 10 minut po limicie i wygląda jak cień samego siebie.
Zawsze iść, rozkaz który mam we krwi... – włącza mi się w głowie, jak zwykle w krytycznych momentach. Po kilku krokach przechodzę w bieg. Przez las, potem znowu kosówka, źródełko. Nachylam się i łapczywie piję, woda jest dużo smaczniejsza od tej z plastikowym zacapem z bukłaka. Zaraz po ruszeniu, na łatwej ścieżce, odwalam popisowego orła. Przepraszam napotkanych turystów za narażenie ich uszu na wiązankę i wracam do potoku obmyć zakrwawione kolano.
Adrenalina zagłusza ból, gdzie równo albo lekko pod górę to biegnę, gdzie stromiej to napieram szybkim marszem. Płaskich odcinków jest tu sporo, a nawet jeden dłuższy zbieg do Pańszczycy. Co chwilę kogoś wyprzedzam. Wolontariusz przypomina, że jestem ledwo na limicie i pyta, czy nie potrzebuję pomocy z kolanem. Spoglądam na nie i widzę smugę krwi spływającą aż do kostki. Ale to nieważne, przecież nic nie czuję. Za załomem wyrasta potężna ściana na Krzyżne. Poloneza czas zacząć...
Najbardziej stroma sztajcha tego biegu, a ja mam trzecie życie. Dwa oddechy na krok, szybko zdobywam wysokość, następni zawodnicy zostają w tyle. Często trzeba się przytrzymać ręką skał. Niedaleko przed przełęczą doganiam Asię, zachęcam by mi usiadła na ogonie, ale nie bardzo ma siłę. Na górze jestem poniżej 1h40 od wyjścia z Murowańca! TOPR-owcy znowu są nieco wystraszeni widokiem mojego kolana. Żel do gardła i spadamy!
Zejście jest tak samo strome i techniczne, ale mija szybko. Szum Siklawy robi się coraz głośniejszy. Po zbiegu czekają jeszcze niestety 2 km pofalowanego terenu do Piątki. Znów im bliżej schronu, tym częściej dopingują turyści. Jednej z grupek muszę niestety odmówić poczęstowania się piwem - na to jeszcze przyjdzie czas. Czy przyjdzie? Ktoś zapłacił za twój ból, za szampana łyk...
Trzecie życie mi się kończy, a dystansu do Roztoki nie wydaje się ubywać. Wyprzedza mnie dwóch chłopaków, których minąłem na zbiegu z Krzyżnego. Jak już nie mam siły szybko zbiegać to znaczy, że jest naprawdę cienko. Kilku drobnych hopek nie jestem w stanie wziąć z rozbiegu, muszę przechodzić w marsz. Wreszcie gwar turystów narasta i spomiędzy drzew widać szosę. Zegar na punkcie wskazuje 11 minut zapasu.
Pogoń za limitem znów mnie sporo kosztowała i potrzebuję czasu na powrót do życia. Siadam na krześle, piję wodę i izo, miłe wolontariuszki nas obsługują, patrzę jak wbiegają kolejni walczący z czasem napieracze. Dwoje biegaczy wpada kilkanaście sekund po czasie - zostaną jeszcze wypuszczeni. Chwilę później wyruszam. Potem się dowiem, że Asi zabrakło trzech minut...
Jeszcze przed skrętem z szosy doganiam spotkanego wcześniej Michała i Izę, która mu zającuje na ostatnim etapie – regulamin dopuszcza taką pomoc. Na ostatnie 15 km, a może trochę więcej, mamy niecałe trzy godziny. Słyszałem opowieści, że ten odcinek wcale nie jest łatwy.
Opowieści się potwierdzają, bo pierwsze 3,5 km to ostra sztajcha na Polanę Waksmundzką z kilkoma zbiegami po drodze, na której gromadzi się ponad 400 m przewyższenia. Lecąca na świeżych siłach Iza nadaje nam tempo – wielkie dzięki! Wolontariusz na szczycie wzniesienia potwierdza, że ciśniemy równo na limit. Na długim zbiegu udaje nam się nieźle nadgonić.

