| Festiwal Biegów

Maratony na świecie: Po wyspie słynącej z wyścigów motocyklowych


Opublikowane w pt., 05/07/2019 - 08:24

Wyspa Man to tajemnicze miejsce, o którego istnieniu większość nie ma pojęcia.

Polecamy również:


Podziel się:

Sabina Bartecka - Ambasadorka Festiwalu Biegów, dziennikarka, pogromczyni Diablaka! „Triathlon zmienił całe moje życie”


Opublikowane w pt., 05/07/2019 - 08:22

Wygrywając najtrudniejszy z rozgrywanych w całości w Polsce triathlonów Diablak Extreme Triathlon Sabina Bartecka zadziwiła wszystkich. Już sam fakt dotarcia do mety zasługuje na uznanie. Ona jednak została pierwszą Polką w historii, której udało się ukończyć te zawody i drugą kobietą w ogóle. Dotychczasowy rekord trasy poprawiła o ponad godzinę!

Nasza Ambasadorka Sabina Bartecka pierwszą w historii Polką na mecie Diablak Extreme Triathlon! Z REKORDEM TRASY!

Mieszkająca w Żorach ambasadorka Festiwalu Biegów na pomysł zmierzenia się z tym wyzwaniem wpadła… przy grillu. Dzisiaj opowiedziała nam o swoich przygotowaniach, walce i dalszych planach.

Kiedy pojawił się plan, że poskromić Diablaka? Jak w ogóle wpada się na takie pomysły?

Sabina Bartecka: -O zawodach myślałam już w ubiegłym roku, wtedy jednak szaleństwem wydawał mi się start w najtrudniejszym Ironmanie górskim bez doświadczenia na pełnym dystansie. Postanowiłam więc najpierw sprawdzić się na dystansie Ironmana. Wystartowałam w IM Hamburg w lipcu 2018 roku. Poszło mi dobrze, zajęłam ósme miejsce w kategorii, jadąc na zwykłym rowerze szosowym.

Decyzja o Diablaku zapadła na... grillu ze znajomymi, kiedy świętowaliśmy udany start w Hamburgu. Mój kuzyn Grzegorz Pysz zrobił Diablaka w 2018 roku i, znając mnie, stwierdził, że na pewno dam radę a on może być moim supportem. Na Diablaku, ze względu na duże zmęczenie i przewyższenia, suport na części biegowej jest obowiązkowy. Kropka nad „i” została postawiona w sierpniu, kiedy okazało się, że po raz drugi wygrałam cykl Silesiaman Triathlon a nagrodą były bezpłatne starty we wszystkich zawodach organizowanych przez Silesiaman, w tym m.in. w Diablaku.

Na usta aż ciśnie się pytanie: po co?! Bo żadna Polka tego nie dokonała? Bo to ogromne wyzwanie?

Przede wszystkim dlatego! Bardzo chciałam być pierwszą kobietą, która tego dokona a ponieważ Francuzka pokrzyżowała mi plany w 2018 roku, zostało jeszcze do zgarnięcia bycie pierwszą Polką. Taka motywacja bardzo mobilizowała w czasie treningów, ale przed samymi zawodami odejmowała sił. Tydzień przed startem był dla mnie bardzo trudny. Ogromny stres, pytania: Po co to robię? Dlaczego jestem taka nienormalna? W mojej głowie panował totalny chaos. Do tego doszły egzaminy córki do liceum plastycznego, dodatkowe obowiązki zawodowe i TA POGODA! Prognozy przewidywały 34 stopnie Celsjusza!

Jak wyglądały przygotowania do startu? Czego bałaś się najbardziej?

Przygotowywałam się od listopada. W tym miesiącu zwykle zaczynam treningi pod starty w triathlonie. Plan przygotowywał mi kolega Marcin Zdziebło. Początkowo było to ok. 8 – 10 godzin tygodniowo i sporo siłowni a z kolejnym miesiącem treningów było coraz więcej. Jednak więcej niż 13 godzin w tygodniu nigdy nie zrobiłam. Największy akcent przypadał na weekendy. W sobotę były to 2-3 godziny roweru (lub pętla Diablaka), a w niedzielę bieg w górach lub długie wybiegania po 20 km. Największą robotę zrobiłam podczas naszego zgrupowania w marcu w Chorwacji. Tam każdego dnia jeździłam na rowerze po ok. 100 km i to po górach. W sumie w ciągu 8 dni przejechałam 836 km, w tym 2 x 160 km i 2 x 120 km (9 000 m przewyższeń, 35 godzin jazdy).

Jak wyglądał sam start?

Pływanie: totalna magia i właściwie relaks. Start o 4.00 tuż przed wschodem słońca, zero pralki, tylko ja i woda. Sama radość! Płynęłam bardzo spokojnie, bez spinki, bez większego wysiłku. Ten etap z pewnością był najłatwiejszy.

Fajna była też pierwsza pętla na rowerze, a kolejne górki: Salmopol, Zameczek, Kubalonka, Ochodzita pokonywałam właściwie z rozpędu. Na drugiej pętli, kiedy 90 km było już w nogach, a temperatura przekraczała 30 stopni Celsjusza, tej radości było już znacznie mniej i trzeba było uruchomić głowę, aby utrzymać dobre tempo. Nie wiem jakim cudem, ale obie pętle przejechałam w zbliżonym czasie po 3 godziny 40 minut.

Największą radość miałam jednak wtedy, kiedy wyprzedzałam pod górkę facetów, a oni patrzyli na mniej jak na jakąś kosmitkę i pytali co biorę? Jak to co? No żele. Zjadłam ich sporo, ale oprócz tego też bułki z serem, a nawet makaron i rosołek na rynku w Żywcu tuż przed samym biegiem.

Od jak dawna trenujesz?

Biegam od 2012 roku, a od 2015 roku uprawiam triathlon. Początkowo, ze względu na brak roweru szosowego, startowałam w triathlonach crossowych i w kameralnych zawodach. Dopiero później wraz z nabywaniem odpowiedniego sprzętu i doświadczenia zaczęło się prawdziwe ściganie. (czytaj dalej)


Polecamy również:


Podziel się:

Biegowy weekend w cieniu Matterhornu. ME pod górę i maratony w Zermatt [POLACY]


Opublikowane w czw., 04/07/2019 - 20:53

W niedzielę w szwajcarskim miasteczku Zermatt odbędą się ME w biegach górskich.

Polecamy również:


Podziel się:

90 lat na karku, a wciąż świetnie się orientuje. Profesor Mieczysław Zielczyński: "Jakby się tak udało do setki..."


Opublikowane w czw., 04/07/2019 - 17:46

Profesor Mieczysław Zielczyński ma prawie 90 lat, urodził się w styczniu 1930 roku.

Polecamy również:


Podziel się:

Tomasiak i Januszyk w prestiżowej „etapówce” Pierra-Menta. Będzie wysoko i baaardzo techniczne


Opublikowane w czw., 04/07/2019 - 15:36

Arêches-Beaufort, na co dzień niewielkie, ciche miasteczko i jednocześnie stacja narciarska w dolinie Beauforta

Polecamy również:


Podziel się:

Nocny Rzeźniczek Adama Ilkiewicza


Opublikowane w czw., 04/07/2019 - 13:50

Na Festiwalu Rzeźnika pojawiamy się z Gośką od kilku lat. Niekoniecznie czynnie biegając. Sama atmosfera już przyciąga. W tym roku zapowiadało się natomiast, że pierwszy raz odpuścimy jakikolwiek przyjazd. Ale co ma wisieć nie utonie i jednak postanowiliśmy pojechać - zapisałem się na pierwszą edycję Nocnego Rzeźniczka. Trasa ident fident, co klasyczny Rzeźniczek. Jedyna różnica, to godzina startu - 20. A że zawsze chciałem spróbować nocnego biegu, to to była dobra opcja na debiut. Bieszczady nie są zbyt trudne technicznie, więc można się przetestować.

O godzinie 19 odjeżdżamy wąskotorową kolejką z Cisnej. Kilka wagonów zapakowanych biegaczami, w sumie 170 osób. Gosia daje mi kopa w tyłek i ciuchcia rusza. Zastanawiam się jeszcze w drodze czy brać kijki, ale decyduję się zostawić je w depozycie. Przewyższenie nie jest zbyt wielkie (ok 1.000 m na dystansie 28km), ale kilka godzin wcześniej popadało i obawiam się warunków. Na "szczęście" okazuje się, że do plecaka trudno te kijki przytroczyć, a nie chciałem z nimi ciągle biec w rękach. Zatem zostają na starcie i po kłopocie.

Po 30 minutach dojeżdżamy. Ja tradycyjnie ubrany w jakąś zużytą koszulę garniturową , którą mogę wyrzucić przed samym wystrzałem. Zahaczam jeszcze o toj toja i po krótkiej rozgrzewce zmierzam na linię startu. Tu dość pusto i nikt się nie pcha do pierwszego rzędu. Ja po cichu mam nadzieję powalczyć o jedną z wyższych lokat, więc kręcę się około 2 rzędu. Gdy Mirek - szef Festiwalu Rzeźnika zapowiada start, w końcu pierwsza linia się formuje. Po chwili odliczanie od 10 i GO!

Zastanawiam się, jak będzie wyglądał początek i jak ukształtuje się czołówka. Na pierwsze 3 km asfaltowo-szutrowego odcina zakładam tempo ok 4.30 i obserwuję jak wysoko w stawce pozwoli mi się to uplasować. Po pierwszych kilkuset metrach odliczam ilu biegaczy jest przede mną: ok 12. Nie najgorzej. Noc wcześniej ukoncypowałem sobie, że by stanąć na pudle w kategorii wiekowej, to powinienem zakręcić się około 6 miejsca. Wpadam na pomysł by kontrolować ile osób mnie wyprzedzi, a ilu zdołam wyprzedzić ja. Liczenie pozwoli mi na bieżącą ocenę sytuacji, a przy okazji zajmie głowę.

No to lecimy. Około 1,5km widzę, że pierwsza 15ka wygląda dość stabilnie, nie ma jakiegoś żywiołowego tasowania. Choć też można zaobserwować, że 5 osobowy czub czuba się odrywa i powoli odjeżdża. Ja postanawiam trzymać się swego. To dopiero początek i prawie 30 km przed nami. Po górach. Ich tempo pewnie wytrzymałbym te kilka kilometrów, ale zaciągnąłbym dług, który w końcu musiałbym spłacić. Trzymam więc swoje.

Na początku każdego biegu zawsze trafi się ktoś, kto daje się ponieść startowej euforii, więc po 1-2 km przesuwam się na ok 9-10 pozycję. Okazuje się, że biegnę podobnym tempem co liderka kobiet. Ja ją wyprzedzam na podbiegach, ona mnie łyka na odcinkach w dół. Jest to Paulina Wywłoka - kadrowiczka polskiej reprezentacji w biegach górskich. Co chwilę zerka na zegarek i moderuje tempo - zgaduję, że opiera się o tętno. Biegnie bardzo lekko.

Po 3 km wbiegamy w końcu w las. Jestem tu bodaj już 7. Stawka się powoli rozciąga. Najbliższy gość przede mną jest jakieś 80 metrów. Wyprzedził mnie 1 km od startu i lekko powiększa dystans. Niedobrze. Powtarzam sobie jednak, że to dopiero początek i mam biec swoje.

Po wbiciu w las włączam od razu czołówkę. Jest jednak jeszcze na tyle jasno, że po kilkuset metrach ją gaszę. Wzrok się przyzwyczaja i można ciągle biec całkiem komfortowo. 

Zaczynają się pierwsze górki. Ciągle na dużej świeżości więc większość robimy biegiem. Tylko odpowiednie zwolnione tempo. Sięgam pamięcią do pierwszego biegu Rzeźniczka w 2014 - wtedy w zasadzie od pierwszego podbiegu przechodziło się do marszu, a teraz te same podejścia się biegnie. Praca nie poszła w las. Jest moc. Choć oczywiście na dłuższych czy bardziej stromych odcinkach przechodzę do marszu. Na te kawałki jestem ciągle za cienki.

Po około 2km lasu dochodzę kolegę przede mną. Ten wyczuwając, że mam trochę lepsze tempo, uprzejmie mnie puszcza. Wychodzę tym samym na 6 lokatę (!). Robi się ciekawie i zaczynam się trochę jarać.

Po manewrze zauważam, że konkurent wsiada mi na plecy i zaczyna lecieć krok za mną. Generalnie nie lubię takiej sytuacji. Jest to jednak częsty standard i sam nierzadko tak robię. No i biegi górskie charakteryzują się takim przyjaznym rodzajem współzawodnictwa. Tu wzajemna pomoc i wsparcie to normalność. Myślę też sobie, że to może w sumie i dobrze, bo czując czyjś oddech na plecach będę bardziej pracował.

Biegniemy tak dobrych kilka kilometrów. Po pierwszych zadyszkach spowodowanych podbiegami, organizm łapie równowagę i w końcu wydaje się, że wpadam w rytm. Uprzednie myśli, że może zacząłem zbyt mocno ustępują, a płaskie odcinki wijących się pod nogami ścieżek pokonuję z super lekkością. Czuję się świetnie. Do tego wokół zapada zmierzch i robi się bardzo osobliwie. Duża szansa, że paradoksalnie to na tym (nocnym) biegu ujrzałem najlepszą panoramę ze wszystkich mych górskich startów. Wybiegając na chwilę na odkryty teren widzę pobliskie wzgórza w zapadającym zmroku skąpane w grubej pierzynie z mgły... Podczas biegów raczej nie zważam na krajobrazy, ale ten robi na mnie wrażenie.


Polecamy również:


Podziel się:

Kszczot i Lewandowski vs. świat. Diamentowa Liga w Lozannie


Opublikowane w czw., 04/07/2019 - 11:37

Polecamy również:


Podziel się:

Nowy-stary prezydent IAAF – niemal pewne


Opublikowane w czw., 04/07/2019 - 10:30

Lord Sebastian Coe, szef Międzynarodowego Stowarzyszenia Federacji Lekkoatletycznych będzie jedynym kandydatem

Polecamy również:


Podziel się:

Europejski Bieg Roku – przyślij swoją kandydaturę organizatorze. Wcześniej...


Opublikowane w czw., 04/07/2019 - 09:17

Polecamy również:


Podziel się:

Mukowiscydoza to nie wyrok! 5 km dla chorych z Justyną Kowalczyk - przyłącz się!


Opublikowane w czw., 04/07/2019 - 08:58

Już 1 września w Zakopanem odbędzie się 4.

Polecamy również:


Podziel się:

Strony

kochambiegacnafestiwalu
kochambiegacwpolsce