| Festiwal Biegów

HMŚ w Portland bez kolejnych gwiazd. Komu medale?


Opublikowane w wt., 15/03/2016 - 16:07

Już tylko dwa dni pozostały do rozpoczęcia Halowych Mistrz

Polecamy również:


Podziel się:

Chicago Marathon 2016: Musisz mieć szczęście albo...


Opublikowane w wt., 15/03/2016 - 15:33

Polecamy również:


Podziel się:

Wrocławski Bieg Akademicki


Informacje:

Sezon: 2015-2016

Opis wydarzenia:

Wrocławski Bieg Akademicki organizowany przez Informację Kulturalno-Sportową Studentów to inicjatywa mająca na celu szerzenie idei związanych ze sportem i aktywnym trybem życia, a także integrację wrocławskiego środowiska akademickiego. 15 maja wszyscy chętni będą mieli okazję do zmierzenia się podczas biegu na dwóch dystansach: 5km oraz 10km, w dwóch kategoriach: OPEN oraz Student.

„Syberia pokazała zęby”. Maciej Florczak o Baikal Ice Marathon


Opublikowane w wt., 15/03/2016 - 12:57

Tegoroczny Baikal Ice Marathon padł łupem Polaków. Wygrał Piotr Hercog przed Łukaszem Zdanowskim. Klasę pokazał także Maciej Florczak, rocznik '68. Był wprawdzie 43. w „generalce”, ale tylko jedna starsza od niego osoba dobiegła przed nim do mety.

W rozmowie z naszym portalem ultramaratończyk przyznaje, że Bajkał to inna kategoria - mróz minus 20, lodowaty wiatr, zaspy - zawody dla prawdziwych twardzieli. Syberia pokazała zęby – stwierdza Florczak.

Gratulacje za ukończenie tej morderczej imprezy. Było ciężej niż na ultramaratonie Gran Canaria?

Maciej Florczak: O wiele. Na Bajkale nie można było stanąć zbyt długo żeby odpoczywać. Od razu człowiek marzł. Na wszystkich punktach żywieniowych zatrzymywałem się tylko po to, żeby się napić ciepłej herbaty i leciałem dalej. Na Trans Gran Canaria człowiek stanął, było ciepło, mógł się rozciągnąć, pogadać. Tutaj było to niemożliwe, ponieważ ograniczało to wiatr i mróz.

Ale dystans dwa razy krótszy niż na wyspach Kanaryjskich.

Tak, ale wyczerpanie organizmu dużo większe.

Co najbardziej doskwierało na trasie - zimno, pański ulubiony wiatr, ruszający się i pękający lód?

Przede wszystkim wiatr i śnieg. Około dobę przed startem spadł sypki śnieg. Organizatorzy przejechali przed zawodami buldożerem po jeziorze, zrobili 2-3-metrową ścieżkę, ale przy tym wietrze, który był, to po 10 kilometrach tej ścieżki nie było już widać. Dobrze, że były chorągiewki co 50 metrów. Brnęło się w śniegu, czasami takich zaspach do połowy łydki. Pierwsze 10 kilometrów było w miarę łatwe, i biegło się przyjemnie, ale potem to już było z zaspy do zaspy. Wbijało się w nie nogi, szukało śladów osób, które biegły przede mną. Od 20. kilometra biegłem w zasadzie sam. Gdzieś w pewnej odległości przed sobą widziałem tylko zarysy sylwetek. Towarzyszyły mi w zasadzie tylko chorągiewki. Orientacja była jednak utrudniona, ponieważ gogle zamarzły na tym wietrze. Ale takie warunki mieli wszyscy. Wystartowaliśmy razem i biegli z jednego brzegu na drugi.

Nawierzchnia była równa, czy trzeba było uważać na spiętrzony lód?

W zasadzie była równa, była jednak przysypana śniegiem, więc tych nierówności nie było czuć. W jednym miejscu na trasie była szczelina, której nie można było pokonać. Organizatorzy podstawili jednak poduszkowce, które stanęły nad szczeliną i robiły za most. Oczywiście robiły się korki, bo jednak przepustowość była ograniczona.

Jakie były temperatury, temperatura odczuwalna i wiatr?

Na starcie było minus 23 stopnie Celsjusza, do tego wiatr 10-15 metrów na sekundę. Temperatura odczuwalna około minus 27, minus 30 stopni. Na mecie było minus 20 stopni i wiatr troszkę zelżał. Najgorsze warunki panowały między 20. a 30.którymś kilometrem, bo zaczęło bardzo mocno wiać. Nie dość, że był mróz to jeszcze zawieja.

Jak organizm znosił te warunki?

Zniósł. Warunki były wybitnie niesprzyjające. Przez około 30 kilometrów mieliśmy wiatr w twarz. Dopiero na ostatnich około 10 kilometrach, gdy skręciliśmy trochę w prawo wiatr był już boczny. Niezależnie, z której strony wiało, wiatr mocno wychładzał organizm. Technika nie pomagała. Gogle szybko zamarzły, z kominiarki zrobiła się jedna bryła lodu od pary wodnej z wydychanego powietrza.

Po 30. kilometrze zaczęły mnie łapać skurcze w uda. Chwilowo zacząłem iść, ale błyskawicznie zacząłem się wychładzać, traciłem czucie w palcach u nóg, więc mimo tych skurczy musiałem zacząć biec. Rozruszałem i dobiegłem.

Odmrożenia?

Minimalne, bardziej przemrożenia - podbródek, koniuszki palców, ale to były takie mrowienia, nie jakieś poważne odmrożenia. Gdybym dłużej szedł a nie biegł, to bym się wychłodził dużo mocniej.


Polecamy również:


Podziel się:

Siemianowice Śl. zapraszają na Bieg Wiosny


Opublikowane w wt., 15/03/2016 - 11:47

Polecamy również:


Podziel się:

11. Ekologiczny Nocny Bieg Godzinny


Informacje:

Sezon: 2015-2016

Opis wydarzenia:

Pech Wojciecha Kopcia w Liverpoolu - lekcja dla amatorów


Opublikowane w wt., 15/03/2016 - 11:23

Polecamy również:


Podziel się:

W ultra „chodzi o osobiste historie” - Stu Westfield


Opublikowane w wt., 15/03/2016 - 10:11

Stu Westfield to angielski przewodnik górski i koordynator bezpieczeństwa ekstremalnie długich ultramaratonów The Spine Race (431 km w północnej Anglii) i Legends Trails (250 km w belgijskich Ardenach). Rozmawialiśmy 7 marca, tuż po zakończeniu Legends Trails w Ardenach.

Narodziny ultralegendy – Legends Trails okiem wolontariusza [ZDJĘCIA]

Stu, jak to się stało że zostałeś koordynatorem bezpieczeństwa Legends Trails?

Stu Westfield: Wcześniej byłem przewodnikiem górskim i stopniowo zaangażowałem się w pomoc w biegach górskich przy organizacji ekip zabezpieczenia, w tym The Spine Race. Przez kilka lat doświadczeń tego rodzaju, jak również prowadzenia klientów na wyprawach w Wielkiej Brytanii i za granicą, stopniowo gromadziłem wiedzę i umiejętności potrzebne do takich zadań. Jak wspomniałem, zacząłem od koordynacji bezpieczeństwa The Spine Race. Tam spotkałem Tima de Vriendta i Stefa Schuermansa, którzy zobaczyli jak to się robi na Spine, spodobało im się to i zaprosili mnie do objęcia podobnej roli w Legends Trails.

Czyli przekwalifikowałeś się z górskiego przewodnika na koordynatora bezpieczeństwa wielkich ultramaratonów?

Niezupełnie, łączę jedno z drugim, dobrze jest mieć kilka fachów w ręku. Zabezpieczam ultrabiegi, jestem przewodnikiem, zabieram klientów w teren i uczę ich nawigacji, często przy tym przygotowując ich do udziału w takich właśnie zawodach z elementami orientacji, gdzie przydatne są umiejętności górskie i wyprawowe.

Jakie są twoje ulubione sporty i aktywności terenowe?

Lubię wiele z nich. Ścigałem się dużo na rowerze, w tym w czasówkach. Brałem udział w maratonach kolarskich i biegowych. Teraz jednak myślę, że najwięcej radości daje mi prowadzenie wypraw, szczególnie do Afryki, w której byłem w wielu miejscach, a także do Islandii, która dla odmiany jest przyjemnie chłodna.

To są górskie wyprawy?

Tak, byłem kilka razy jako przewodnik na Kilimandżaro, również na Ruwenzori w środkowej Afryce, oraz na paru niższych szczytach.

Jak byś porównał The Spine i Legends?

Hmm, Spine to zupełnie inna para kaloszy. To bieg liniowy, a poza tym przebiega w większości wyżej n.p.m. Oba są wyścigami ciągłymi, lecz szczególną trudnością Legends jest profil przypominający zęby piły. Teraz na Legends mieliśmy wyjątkowo mokrą zimę z topiącym się śniegiem. Warunki i teren nie odpuszczały, to „krótki” lecz ciężki bieg, „krótki” oczywiście tylko w porównaniu z The Spine... Na Spine jest się wyżej na dłuższych odcinkach, przez co jest się bardziej wystawionym na wiatr i niebezpieczeństwo wychłodzenia, ale nawigacja jest dzięki temu bardziej liniowa i prostsza.

Czy uważasz pierwszą edycję Legends Trails za udaną?

Jak najbardziej! Uważam, że Tim i Stef zrobili niesamowitą robotę. Wiele się nauczyli z własnych doświadczeń jako uczestnicy biegów, mieli wizję i wprowadzili ją w życie. Zrobili świetny wyścig wart swojej ceny. Od uczestników słyszymy same pozytywne opinie. Wszyscy wyszli z tego cało, może trochę poobijani i wykończeni, ale w jednym kawałku. Jeśli chodzi o bezpieczeństwo, to chciałbym osobiście podziękować wszystkim członkom ekipy zabezpieczenia za wykonanie wspaniałej pracy, bycie wszędzie gdzie trzeba, pozytywne nastawienie i stawianie czoła pojawiającym się wyzwaniom. Dzięki nim cała impreza zakończyła się sukcesem.

Co jest takiego wciągającego w ultrabieganiu, że podejmujesz się pracy przy organizacji takich imprez?

Chodzi o osobiste historie. Fajnie było oglądać takiego napieracza jak Michael Frenz, jak pruł przez te końcowe kilometry i przeganiał zawodników, którzy wydawali się już niezagrożeni. Zrobił z tego fantastyczny wyścig. No i mamy niesamowitą historię. Podobne historie tworzyli wszyscy, którzy to ukończyli. Ale spójrzmy też na pozostałych, którym może nie poszło tak dobrze – oni też pokonywali swoje wyzwania i mają co opowiadać. Chodzi właśnie o te historie, które z tego wynosimy i się nimi dzielimy z innymi. W ultrabieganiu nie chodzi tylko o zwyciężanie, lecz przede wszystkim o osobiste doświadczenia. Pokonywanie nie tylko rywali, ale i samego siebie.

Jeśli tak uważasz, to czy brałbyś pod uwagę udział w Legends Trails jako uczestnik w którejś z kolejnych edycji?

Z pewnością tak, gdybym tylko miał czas na odpowiedni trening i przygotowanie. Legends to na pewno ogromne wyzwanie, do którego trzeba się dokładnie przygotować. Gdybym nie pracował przy organizacji tych zawodów, to na pewno bym pomyślał o wystartowaniu w nich!

Rozmawiał Kamil Weinberg

Following page: It's all about the stories – an interview with Stu Westfield, safety coordinator of The Spine and Legends Trails


Polecamy również:


Podziel się:

Barcelona Marathon Ambasadorki: "Pozytywny, lekki"


Opublikowane w wt., 15/03/2016 - 09:57

"Najlepsze chwile w życiu rodzą się spontanicznie. Ich nie zaplanujesz."

Polecamy również:


Podziel się:

Strony

kochambiegacnafestiwalu
kochambiegacwpolsce