4. Hunt Run dzień drugi - Jožin z bažin, dinozaury, szakal błotny... [ZDJĘCIA]

 

4. Hunt Run dzień drugi - Jožin z bažin, dinozaury, szakal błotny... [ZDJĘCIA]


Opublikowane w pon., 04/07/2016 - 19:13

Po wyjątkowo upalnej sobocie, w niedzielę w Bałtowie od rana padał deszcz. Zaczęło się przed ósmą od burzy z oberwaniem chmury. Później ulewa nieco odpuściła, ale i tak dzikim biegaczom na krótszym dystansie Hunt Run prawie do końca towarzyszył deszcz. Zapowiadała się niezła jazda na stromych podejściach i zbiegach w lessowych wąwozach. Przed startem każdej fali organizatorzy ostrzegali uczestników przed ekstremalnymi warunkami.

Relacjonuje Kamil Weinberg

Okolice bałtowskiego Jura Parku, którego załoga organizuje Hunt Run, to nie tylko miejsce, gdzie znaleziono ślady dinozaurów. To również wymarzona miejscówka do wytyczania tras biegów przeprawowych. Są tu zarówno leśne wąwozy z bardzo stromymi stokami, jak i dość rozległe bagna. Dorzućmy do tego jeszcze trochę odpowiednio rozmieszczonych sztucznych przeszkód i mamy przepis na udany bieg przygodowy. Tych ostatnich nie musi być zbyt wiele – ekstremalny teren wystarczająco umila życie zawodnikom.

W sobotę swoje dorzuciła pogoda – żar z nieba, a na bagnach wilgotność powietrza niczym w Amazonii. Po sprawdzeniu na własnej skórze uroków 10-kilometrowej przeprawy, która naprawdę okazała się sporo dłuższa (szczegóły tutaj), w niedzielę wyszedłem naprzeciw zawodnikom z aparatem w ręku.

W wąwozach było więcej zjeżdżania na tyłku, niż zbiegania – zgodnie opowiadają wychodzący z ostatniego zbiornika wodnego biegacze. Niektórzy, widząc fotografa, popisują się skokami do wody różnymi technikami, a dwóch nawet wykonuje pełne salto!

Wciąż pada deszcz. Długim kanałem brodzą grupki dzikusów, z których każdy przypomina Jožina z bažin. Wśród nich spotykam Dominika Kowalewskiego z łódzkich Szakali Bałut. Po wczorajszym ukończeniu dłuższej trasy, dziś doskonale się bawi i filmuje współzawodników. Opowiada o bardzo ciężkich warunkach na zbiego-zjazdach. Na podejściach też podobno była walka o każdy metr w błocie, tam gdzie jeszcze dzień wcześniej się normalnie szło. Mimo to z racji pogody trudniej się biegło w sobotę. W dzisiejszych warunkach świetnie sobie dał radę. Najwyraźniej reprezentuje on nowy podgatunek: szakal błotny.

Przed tymi ostatnimi wodnymi przeprawami uczestnicy pokonują kilka przeszkód. Muszą m.in. przebiec przez stodołę, w której mają za zadanie wciągnąć na lince ciężki wór do sufitu. Może jeszcze porąbać drewno? – proponuje jeden z napieraczy, wzbudzając wesołość wolontariusza i współzawodników.

Na szosę poprzedzającą przeszkodowy odcinek biegacze dosłownie spadają. Powodem tego jest bardzo stromy stok, który wczoraj pokonałem pół zjazdem, pół zbiegiem, nie używając zawieszonych lin. Dziś zbieg zamienił się w szalony błotny dupozjazd, a nieskorzystanie z lin grozi bolesną kontuzją. Przekonuje się o tym jeden struś pędziwiatr, który leci między drzewami na złamanie karku, wywija kozła i... uderza potylicą o pień. Wygląda to naprawdę groźnie, ale szaleniec podnosi się jakby nic się nie stało i biegnie dalej. Ratownicy na dole oglądają go dokładnie, proponują odwiezienie, ale ten odmawia. Dostaje przykazanie zgłoszenia się do lekarza na mecie...

Zamiast butów z bieżnikiem dziś na nogach mam stare sandały, ale udaje mi się podejść stokiem, przytrzymując się traw i drzew obok wyślizganej trasy. Bardziej się boję o aparat, jak zniesie błoto na moich rękach, ale w końcu nie po to go mam, by stał za szybą. Efektowne zjazdy w wykonaniu zawodników uwiecznione na zdjęciach okazują się godne tego poświęcenia.


Polecamy również:


Podziel się:
kochambiegacnafestiwalu
kochambiegacwpolsce