Przypadkowy maraton powypadkowy

 

Przypadkowy maraton powypadkowy


Opublikowane w czw., 01/10/2015 - 14:37

27 września 2015 o 9:00 rozpoczął się 37. PZU Maraton Warszawski. Był to mój pierwszy Maraton po wypadku, jaki zaliczyłam kilka lat temu. No ale zacznijmy od początku...

Relacja Marty Muskat, Ambasadorki Festiwalu Biegów

Po kilkunastu startach w mniejszych biegach, na 5 i 10 km oraz kilku półmaratonach w ciągu ostatniego półtora roku stwierdziłam, że czas najwyższy na maraton. Czas się zapisać. Chyba powinnam dać radę! Wprawdzie jestem kontuzjowana, ale cóż.... Trzeba próbować. No i wielkie noworoczne postanowienie, że będę do każdego biegu mocno trenować i przygotowywać się jak tylko potrafię, by notować coraz lepsze wyniki (oczywiście bez szaleństw).

Jak to z noworocznymi postanowieniami bywa, postanowienie jest, ale już z realizacją bywa troszkę gorzej. Wprawdzie brałam udział w sporej ilości różnorakich biegów, czy to w Warszawie i okolicach, czy to w Toruniu, Lądku-Zdroju czy gdzieś pod Krakowem (a nawet we Włoszech się udało 2 razy wystartować – też przez zupełny przypadek!), ale by trenować tak specjalnie, to jakoś czasu nie było.

Z jednej strony praca zawodowa i dużo obowiązków domowych (pranie, gotowanie, sprzątanie, itp. – Panie pewnie mnie zrozumieją), z drugiej zaś pisanie pracy doktorskiej, studia, praktyki na uczelniach wyższych. Chcąc nie chcąc bardzo mało czasu zostaje na treningi... Na szczęście nie należę do zmotoryzowanych osób, więc wszędzie trzeba było jeździć na rowerze, więc coś tam te nogi pracowały przez cały czas...

Maraton zbliżał się coraz bardziej. Ale.... 3 miesiące wcześniej kupiłam bilety lotniczne na wakacje rowerowe do Włoch. Stwierdziłam, że praca i studia odpadną to będę miała czas i troszkę pobiegam... Ale nie dało się. Gdy wracałam z wycieczek rowerowych po okolicznych górach (sama trasy wymyślałam, a co), to myślałam już tylko o rozciąganiu i śnie... 100 km po górach i 2000 metrów przewyższenia – bo były i takie wypady - potrafią dać w kość...

W Italii biegałam tylko 2 razy. Było jeszcze wejście na szczyt w Alpach Graickich - Gran Paradiso (jak by tego było mało) i... wróciłam do Polski. Tak nadeszła moja maratońska Niedziela.

Obudziłam się przed budzikiem. Chciałam zrezygnować, ale pomyślałam, że jak nie teraz, to już nigdy na udział w maratonie się nie zdecyduję...

Wzięłam rower i pojechałam na start. Oczywiście z moją nieodłączną asystą – Grzegorzem – który na rowerze towarzyszy mi podczas 99% moich biegów. Bardzo się denerwowałam... brzuch bolał mnie od samego myślenia, a na dodatek na starcie rozwaliłam telefon. Muzyki słuchać się nie dało – normalnie jakiś omen...

Ale cóż, przynajmniej pogoda dopisuje. Wystartowałam.

Pierwsze 20 km poszło jak z płatka. Czas bardzo dobry, nawet przez jakiś czas biegłam przed balonikami na 4h. Nawet nie wiem jak to się stało, bo od początku zakładałam czas około 5h. Co kilka kilometrów woda, izotoniki i banany... ale muszę się wam przyznać, że dopiero przy ok. 18. kiloemtra wzięłam sobie coś do picia. Bo banana raczej bym nie przełknęła...

Gdy pierwszy raz przebiegaliśmy przez most, podbiegły do mnie jakieś dwie kibicujące dziewczyny. Wzięły za ręce i... cały most przebiegły ze mną. Bardzo to było miłe, zdziwiłam się, bo w całej mojej karierze biegowej nigdy mi się coś takiego nie przytrafiło...

Niestety na 26. kiloemtrze odczuwała już kolano – że kłuje, że boli (ech – ta kontuzja). Musiałam zwolnić... Później stwierdziłam, że się położę i Grześ pomoże mi się rozluźnić... Plan wykonany, jakoś poszło. Mogłam dalej chodzić...

Niestety podczas tej leżanki minęło mnie około 300 osób. A może i więcej. Widziałam 4 baloniki czasowe, które śmignęły do przodu. No cóż, jak pech to pech. Postanowiłam biec dalej...

Polecamy również:


Podziel się:
kochambiegacnafestiwalu
kochambiegacwpolsce