Przypadkowy maraton powypadkowy
Opublikowane w czw., 01/10/2015 - 14:37
Znów leżenie i masowanie, rozluźnianie i delikatne rozciąganie. Zaciśnięcie zębów i dalszy bieg.
Później spotkałam Piotrka – również zwolnił (przeze mnie). Pgadał chwilę, zmotywował do biegu, tzn on truchtał a ja szłam. Nawet nadążałam! Ale cóż, nie chciałam go blokować, więc tuż przed Mostem Gdańskim puścił się biegiem, a ja znów musiałam się położyć i skorzystać z pomocy Grzesia... Rozluźnianie, rozciąganie... Ale pobiegłam dalej.
No dobrze. Poszłam. Nagle ktoś złapał mnie za rękę i pociągnął by razem pobiec choć 5 minut. To również było bardzo miłe. O dziwo dałam radę. Wprawdzie zaciskając zęby, ale się udało.
Później spotkałam jeszcez inne 2 osoby z którymi biegłam przez dłuższą chwilę. Tuż przed mostem spotkałam bardzo sympatyczne małżeństwo. Panią i Pana. Bardzo miło było z nimi biec i rozmawiać, bardzo serdecznie im za to dziękuję! Niestety nie pamiętam wszystkich imion. Gdy się rozdzieliliśmy, bo znów musiałam odpocząć od biegu i szłam próbując rozluźnić nogę, by kolano tak bardzo mocno nie bolało, jakaś dziewczyna (Polka, która aktualnie mieszka w Boliwii – z tego co pamiętam) wzięła mnie do siebie i „zmusiła” do biegu. Razem udało się nam pokonać ostatnie 1200 metrów.
Już na płycie stadionu zgarnęłyśmy jeszcez Pana, który pomógł mi na 32. kiloemtrze. Tym razem to ja jego pociągnęłam – z pomocą – na metę. W końcu, po wielu trudach i przebojach, udało się! Dotarłam na metę.
Dostałam medal, pelerynkę, jedzonko, banana. Porozciągałam się chwilę. Za metą spotkałam Piotrka, który podczas biegu bardzo mi pomógł. Jeszcze chwilę pogadaliśmy. Pokuśtykałam do Grzesia, by oddać kilka rzeczy do plecaka. A potem, po tych 5 godzinach na trasie, wrócić na rowerach do domu.
Przy rowerze normalnie w świecie się popłakałam. Popłakałam się, że udało się dotrzeć do mety. Byłam bardzo zadowolona, że pokonałam własne słabości i udowodniłam samej sobie, że jak się chce, to można. Pokonać swoje słabości i bolące kolano - które po 2 dniach rozciągania i jeżdżenia na rowerze i chodzenia po schodach... przestało boleć - i ukończyć maraton. Do tej pory nie wierzę... Gdyby nie pelerynka, koszulka i medal, chyba nadal tkwiła bym w tej maratońskiej nieświadomości....
Po niecałych półtora roku nagle zaczął boleć mnie kręgosłup boleć. Diagnoza: 1 cm przepukliny w kręgosłupie. Chodziłam do lekarzy: ortopedów, chirurgów, fizjoterapeutów, neurochirurgów i terapeutów manualnych oraz innych masażystów. Bie dawali mi najmniejszych szans, że jeszcze kiedyś będę normalnie chodzić (nie mówiąc już o bieganiu). Wszyscy wysyłali mnie na operację, dając 15% szans na wrócenie do połowy sprawności sprzed operacji. A ja na złość im wszystkim na stół operacyjny nie zawitałam....
Posłuchałam tylko jednego masażysty, który nie bał się mnie dotknąć. Po 2 tygodniach masaży i rozciągania znów zaczęłam normalnie chodzić i ćwiczyć. Tu informacja dla wszystkich – z przepukliną można nie tylko chodzić, ale i biegać. I to nie 5 czy 10 km, ale można nawet przebiec maraton. Wprawdzie ten był tak naprawdę bez przygotowania (oprócz rowerowego), ale w przyszłym roku zamierzam mieć czas 4:30. By pokazać tym wszystkim lekarzom i chirurgom, że się mylą wysyłając swoich pacjentów na operacje, które tak naprawdę nic nie dają (albo bardzo niewiele). Oczywiście każdy przypadek jest inny... nie namawiam, piszę jak było u mnie...
Chciałam również podziękować - jeszcze raz – tym wszystkim, którzy wspierali mnie podczas tego maratonu. Zmuszali do biegu, sprawili, że chciało mi się bieg. Dalei i dalej. Dziękuję za masaże na trasie i wzięcie pod rękę, za wspólne zdjęcia i kamerkę... Naprawdę dla tych kilku chwil było warto wystartować. Nie dla medalu czy pelerynki, ale właśnie dla tej atmosfery i bezinteresownej pomocy...
Dziękuję!
Marta Muskat, Ambasadorka Festialu Biegów
