Iron Run Patryka Janickiego. "Na pewno tu wrócę"

 

Iron Run Patryka Janickiego. "Na pewno tu wrócę"


Opublikowane w wt., 15/09/2015 - 16:10

Cześć! Mam na imię Patryk, biegam od 4 lat a trenuję od roku. Napisałem kilka słów o pięknej dyscyplinie biegowej jaką jest IRON RUN  Było to dla mnie bardzo udany wyjazd, mnóstwo pięknych startów od biegów na 8 dystansach - w sumie 136 km w trzy dni. Emocje były do końca, każdy start był na 99% aby coś zostało na kolejne biegi. Nie obyło się bez pęcherzy, stłuczeń, zakwasów, litrów potu, zaledwie kilku godzin snu i kilkunastu godzin biegu z krótkimi przerwami na odpoczynek i jedzenie, nie można było nazwać tego snem tylko drzemaniem o niczym innym jak o bieganiu.

Zacznę po kolei.

Piątek 11 września

Krynicka Mila
1609m, kostka brukowa, godz. 15:45

Kostka brukowa, szybki i nic nie znaczący dla ogólnego wyniku w Iron Run bieg. Szkoda było się za nadto rozpędzać, aby na następnych biegach nie stracić więcej, nazwę go dobrym pobudzeniem mięśni.

Bieg na 15 km
Kostka, asfalt, godz. 17:05

Zaczęliśmy biec deptakiem, potem w stronę Tylicza pod Romę, następnie pofałdowanym terenem góra, dół, na klimatyczny rynek w Tyliczu i z powrotem do Krynicy Zdrój. Bieg, który pokazywał, kto, mniej więcej gdzie się znajduje wśród około 80 startujących. Szybki, mocny start.

Bieg Nocny 5 km
Kostka, asfalt, godz. 22:35

Ruszyliśmy pod Romę - 2,5 km w górę i z powrotem. Znów mocny i szybki bieg, wyprzedzanie slalomem setek biegaczy, którzy zostali wypuszczeni 5 minut przed konkurencją Iron Run.

Po każdym biegu szybko uzupełnialiśmy elektrolity, węglowodany, płyny i jak był czas to mieliśmy support w postaci kilku masażystów w naszym namiocie. Mieliśmy dostęp do wody, batonów, ciastek, bananów i rodzynek - pełen profesjonalizm ze strony organizatorów.

Po biegu udaliśmy się do spania, rolowania, a wcześnie rano wyjeżdżaliśmy autokarami na start górskiego biegu do Rytra, trasa wiodła przez Piwniczną do Krynicy.

Sobota

Bieg 7 Dolin 64 km
Szlak górski, kamienie, asfalt, płyty, godz. 7:00

Początek asfaltem, potem górskim szlakiem i wspinaczka na Przehybę (mocno odczuwałem na tym etapie trudy piątkowych biegów. W pierwszym schronisku zapomniałem napełnić camelbaga wodą i niestety wracałem -  bez wody daleko nie pobiegłbym.

Powoli rozkręcałem się, dużo jadłem i piłem, kilku znajomych spotkałem na nawrotce - m.in Ryśka, Milenkę, Gosię, Roberta, to mnie naładowało i powoli się rozpędzałem.

Od Piwnicznej, czyli po kolejnych 21 km, naładowałem akumulator, złapałem pozytywny zapał i napierałem do przodu myśląc o tym aby nie przesadzić z prędkościami. Ciągle zadawałem sobie pytanie czy wytrzymam to tempo do mety? A kiedy odpowiedź nadeszła brzmiała NIE, to i tak biegłem równie szybko i nie zwalniałem, jeśli nie teraz to kiedy.

Moim celem było dojście Wojtka i wyprzedzenie go lub próba dołączenia się do niego. Razem więcej zdziałamy - myślałem. Jeszcze przed Piwniczną cel był osiągnięty, lecz biegłem jednak sam, ładowały mnie żelki, które rozpuszczały się w ustach przez około 20 minut cały czas uwalniając energię. Biegłem jakbym wczoraj nie biegał 3 konkurencji, nogi niosły, a nowe startówki trzymały się na szlaku jak najbardziej lepkie opony Pirelli. Pamiętam, że ultra wygrywa się na zbiegach, więc cisnąłem ile fabryka dawała, a wiem że i tak wtedy odpoczywałem, tętno spadało.

W Piwnicznej przybiłem piątkę Martynie. 3 minuty na przepaku, woda uzupełniona (szkoda że plecaka nie zostawiłem i biegłem kolejne 34 km do mety z nim. Teraz celem byli kolejni "czerwoni", czyli koledzy z Iron Run z dedykowanymi numerami startowymi. Co jakiś czas wyprzedzałem następnego i kolejnego, kiedy ku wielkiemu zaskoczeniu zobaczyłem idącego Oskara Mikę, zeszłorocznego wicemistrza Iron Run.

Zapytałem czy potrzebuje batony lub żelka. Nic nie chciał, zagadał się przez telefon. Pobiegłem dalej do punktu żywieniowego przed wspinaczką na Wierchomlę.

Wracając jeszcze do zbiegu do Piwnicznej - minęło mnie wtedy kilku szybkich wariatów, w jednym z trzech zdążyłem rozpoznać Kamila Leśniaka. Pomyślałem, że dopiero co wystartowali na trasę 34 km.

Idąc dalej stokiem na Wierchomlę minęła mnie pierwsza kobieta, potem druga. Byłem już pewien, że ruszyła "34" z Piwnicznej. Nie mogłem się jednak ścigać wiedząc co mnie jeszcze czeka dziś i jutro.

Po drodze do Schroniska na Wierchomli minąłem jeszcze na długim i ostrym zbiegu kilku Iron-ów i z wielkim uśmiechem przywitałem Sebastiana ze wspaniałą, soczystą colą. Przede mną był około 8 km długiego i w miarę równego podbiegu.

Wbiegłem na szczyt i w schronisku znów podjadłem, popiłem, spotkałem kolegę z którym przemierzyłem ostatni etap Bieg ultra Granią Tatr. Wyruszyłem na końcowy etap liczący 12km do mety. Dostałem motywacyjnego sms-a od Mateusza, więc aby jeszcze bardziej się naładować zadzwoniłem do Matiego, trochę nawrzucał mi "tego i owego". Jeszcze pomyślałem co On musiał przeżywać na tegorocznej trasie UTMB liczącej bagatela 168 km. Wydarłem się pobudzająco, strasząc przy okazji Panią biegaczkę przede mną, przeprosiłem grzecznie i wystartowałem dalej aby nie tracić czasu, tu każda sekunda może ważyć bardzo dużo.

W ostatecznym rozrachunku ten start jest kluczowy, mam tu najwięcej zyskać i koniec, lecę dalej.

Tuż przed metą, na ok. 5 km przed Krynicą spotkałem się z miłą niespodzianką, Marek i jego fajowy piesek Buka dołączyli do mnie na moment. Wymieniliśmy kilka zdań i ruszyłem już na ostatni zbieg prosto na słynny Krynicki deptak.

Wbiegłem na metę z pięknym czasem 7:48. Ostawiałem, że coś między 8 a 9 godzin być może będzie w zasięgu. Byłem bardzo zadowolony!

Minimaraton 
4195m, kostka, asfalt, godz. 22:30. 

W ultra mieliśmy limit 12 godzin i po tym czasie bezpośrednio musieliśmy ruszyć na kolejny start czyli mini maraton po krynickim centrum. 50% trasy pod górę i 50% w dół. Znów szybki bieg bez historii, lecz na okropnym zmęczeniu.

Przed biegiem miałem chwilę na dojście do siebie. Masaż, który puścił ponapinane czwórki, dwójki i zmasakrowane łydy. Wiedziałem, że mam odparzone stopy, bąble na palcach i jeden paznokieć jest do wymiany. Polecam wszystkim pozaklejać paznokcie plastrami przed mocnym ultra lub sprawdzać buty miesiąc wcześniej a nie na zawodach jak ja. Mój błąd, ale opłaciło się. Model S lab Feelcross 3 lepił się do kamieni, błota, ziemi i trzymał resztę masy ciała na stromych zbiegach na powierzchni około 25 cm, bieżnik jak w "Ursusie", wjedzie wszędzie. 

Przed zawodami poczytałem i wydrukowałem doskonałe wskazówki o odżywianiu i regeneracji specjalnie na Iron Run. Stosowałem się do nich, więc jeszcze po 23 znaleźliśmy pizzerię i wspólnie Gosią i Adamem wmłuciliśmy około 1500 kalorii na ruszt przed niedzielnym Koral Maratonem.

Polecamy również:


Podziel się:
kochambiegacnafestiwalu
kochambiegacwpolsce