Iron Run Patryka Janickiego. "Na pewno tu wrócę"
Opublikowane w wt., 15/09/2015 - 16:10
Niedziela
Koral Maraton
42,195 km, asfalt godzina 8:30, limit 4h30'
Z samego rana pomyślałem, że powinienem utrzymać tempo 5 min./km. Zapytałem znajomych o zegarek z prędkościomierzem. Ania miała rozładowany, ale Milenka użyczyła mi swojej super machiny Fenixa który od startu podpowiadał mi że biegnę za szybko 4:20 - 4:30. Tak nie może być mimo, że zbiegaliśmy w dół do Muszyny. Luzowałem łydkę i szło do przodu, ale nie szarżowałem. Wiedziałem że 87 km mam już w nogach i jeśli utrzymam tempo 5 min./km to będzie życiówka - 3:30 w maratonie - która nie była aktualizowana od 3 lat. Z czasu 3:45 jestem dumny do dzisiaj.
Początek był spokojny. Sam na trasie. Miałem opracowany plan. Dwóch biegaczy Iron Run było przede mną, jeden 2 minuty, drugi 10 minut. Pierwszy był daleko, drugi już w zasięgu wzroku, więc powoli zbliżałem się do niego. Miał taką kolarską czapeczkę, jak Majka czy Kwiatkowski, którą można było z daleka rozpoznać. W międzyczasie minęła mnie grupa około 7 osób. Biegła 10 metrów przede mną. Postanowiłem się dołączyć by mieć mniejszy opór powietrza i gdy już dojdziemy "kolarza", wyprzedzić go na długim podbiegu na około 15. kilometrze. Tak też zrobiłem. Przyklejony już za lekko poszarpaną grupką 3 chłopów, wyprzedziłem cyklistę...
Ten chyba został z tyłu. Nigdy nie mam w zwyczaju oglądać się za siebie na biegach, więc robiłem swoje na podbiegach mocno i zamaszyście pracując ramionami, a w dół luźno zbiegając do prędkości 44:20 min.km. Biegłem już tylko z dwoma nowo poznanymi osobami, wymieniając doświadczenia i wspólnie pracując na dobry wynik na mecie.
Moim cichym celem było również dojście i obrona 23 minut przewagi z 64 km nad Wojtkiem, który mocno ruszył na starcie. Powiedziałem sobie wtedy, to jest mój maraton i trzeba robić swoje. Każdy ma swojego Irona, więc nie będę się ścigał.
Przed Tyliczem spotkałem Wojtka wraz z jego kolegą i pozdrowiliśmy się na nawrocie. Ja pod górę a On w dół. Wiedziałem że mam do niego około 4 minut straty, czyli jest dobrze. Strategia poskutkowała i już w Tyliczu spotkaliśmy się na 3-kilometrowym podbiegu pod Romę. Wojtek znów ruszył i powoli oddalał się ode mnie. Wiedziałem że mamy 6 km do mety i jak będę biegł na lekkich wzniesieniach, rytmicznie wchodził na jednym ostrym to na koniec polecę na swoim ulubionym 3-kilometrowym zbiegu do centrum miasta. Może stracę, ale maksymalnie 2 lub 3 minuty do Wojtka, w końcu jest bardzo mocny co pokazał na wcześniejszych krótszych startach. Na mecie byłem za nim 3-4 minuty więc bezpieczna przewaga została utrzymana.
Na końcu biegu były niesamowite emocje, ból, wyczerpanie. Ten start kosztował mnie najwięcej. Więcej niż 64km, znów dałem z siebie 99% i ku zaskoczeniu, padła moja oficjalna życiówka w maratonie 3:42:56. Radość i ból, ból i radość, tyle mojego na teraz. Chłodna głowa bo jeszcze przed nami dwa biegi.
Po maratonie miałem 45 minut na regeneracje i naładowanie się węglowodanami. Nie ryzykowałem tym razem odżywką regeneracyjną (po 64 km po górkach wypiłem takową i wszystko oddałem, po prostu organizm mocno zmęczony nie przyjmuje jedzenia i płynów do pewnego momentu kiedy oswoi się już z normalnością). Uznałem, że cola czyli napój ultarsa będzie bezpieczna, wypiłem naładowałem akumulator tak do 76% i wsiadłem z Ironami w autokary. Pojechaliśmy pod Jaworzynę.
Bieg na Jaworzynę
2600m długości i 400m przewyższenia, ziemia, kamienie i trawa, godz. 14:00
Na stoku było około 200 osób gotowych do startu. My mieliśmy jeszcze 30 minut na wyciągnięcie i naciągnięcie mięśni nóg. Napięcie przedstartowe rosło, pomyślałem że jest to tylko 2.6 km i pójdzie do przodu, będzie dobrze.
Po przywitaniach przez spikera kilku sław, czyli Pań Zatorskiej i Ulfik, Mistrza Długosza i kilku zaprzyjaźnionych rodzin biegowych, m.in rodziny Machlowskich (poczułem się przez moment jak podczas oglądania "Ojca Chrzestnego" czyli jak wielka rodzina biegowa), wystartowaliśmy uderzając się jakby głową o ścianę. Każda partia mięśni nóg bolała, ból był coraz większy, co miałem zrobić, odpuścić?
Posłuchałem rad Marcina Ś. z jego filmiku instruktażowego na you tube i zacząłem rytmicznie wchodzić, pochylając się do przodu i wybijając rękami o uda, stopniowo wspinałem się na szczyt. Chwilami, gdy było wypłaszczenie podbiegałem, wchodziłem i znów dłużej podbiegałem, do momentu gdy na horyzoncie pojawił się końcowy punkt wyciągu i dziesiątki kibiców, turystów i biegaczy.
Tuż przed metą wyprzedziła mnie jedna z uczestniczek i nie mogłem się oprzeć mocnego finiszu, byłem zaskoczony że mimo prawie całkowitego wyczerpania potrafiłem biec jak na dystansie 100-metrowym, czyli sprintem. Czas na mecie zadowolił mnie. Dostałem ciepła folię, opatuliłem się i z wielką przyjemnością zasiadłem koło kolegów z Irona.
Chwilę później staliśmy już w kolejce do gondoli.
W kolejce spotkałem po raz kolejny Martynę, od której dowiedziałem się o jej starcie górskim dystansie 34 km i niestety zejściu z powodu lekkiej kontuzji około 10. kilometrze. Powodzenia na kolejnych startach Martyna!
Podsumowując Bieg na Jaworzynę - dla mnie w 80% była to wspinaczka i wielce wykańczająca konkurencja, która zajęła mi blisko pół godziny. Organizatorzy w tym roku bardzo się postarali i zadbali aby lekko nie było. Ale żeby bardzo bolało.
Został już ostatni bieg przed nami - pro forma 1km. Zapakowałem się jako szczęśliwy i ostatni uczestnik do pierwszego autokaru i ruszyliśmy z powrotem do Krynicy.
Bieg na dystansie 1 km
deptak, kostka, godz. 15:45
Było już po wszystkim. Chciałem mocno pobiec, ale czy to będzie możliwe? Teoretycznie najprzyjemniejszy start - przebiegłem go mocno, ale nie ma maksa. Nie mogłem na maksa. Naprawdę ten kilometr znów dużo nas kosztował i był kwintesencją najtrudniejszej dyscypliny biegowej w Polsce jaką bez wątpienia jest Iron Run.
Rzeczą, o którą jeszcze warto wspomnieć było świetne prowadzenie imprezy przez spikera Pawła Żyłę, który często rozbawiał kibiców i biegaczy śmiesznymi wstawkami. Żartami i mocno dopingował rzeszę najbardziej twardych sportowców amatorów.
Dziękuję!
PS.
Regeneracja: sól regeneracyjna salco sport, sesje na przemian zimna i ciepła woda 6x20 sekund, roller, nogi do góry, przygotowany plan żywieniowy, bliskość do noclegu-300m, przy ul. Kościuszki.
Odżywianie: odpowiednie nawodnienie na ultra łyk lub dwa co 10 minut, tabletki do wody isostar, 2 paczki żelek energetycznych squezzy (nic nie ważyły, a zajmowały miejsca tyle co nic a pobiegłem na nich górski 64 km i asfaltowy Koral Maraton 42 km.
Obuwie: adidas adizero boston boost (szybkie i lekkie), salomon feelcross3 (najlepsze trzymanie jak do tej pory na górskich szlakach, szybkie, stabilne, bieżnik-agresor jakich mało), nike lunarglide 5, wygoda, komfort, stabilizacja i również szybkość i elastyczność+ super wybicie.
Ubranie: nic specjalnego - spodenki, koszulki i dobre skarpetki, czapeczka, plecak, buff.
Dodatkowe wyposażenie: plastry, wazelina, maść do stóp, maść chłodząca.
Plecak: asics, do wymiany - najbardziej przeszkadzał na trasie ultra B7D 64km, kiedy latał na boki, do góry i w dół. Ale co miałem zrobić, wytrzymać do końca i wytrzymałem!!!
Czy warto było? Tak - warto! I jeszcze tu wrócę. Czy polecam? Tak - zdecydowanie! Super zabawa i wielka przeprawa! Gratulacje dla Zygmunta Berdychowskiego za pomysł i realizację.
Największe gratulacje dla Pań które zostały, walczyły i ukończyły zawody, dla nich należą się brawa!
Dziękuję bardzo
Patryk Janicki

