Zdążyć przed rzeźnikiem. „Kocham biegać ultra”

 

Zdążyć przed rzeźnikiem. „Kocham biegać ultra”


Opublikowane w czw., 11/06/2015 - 10:00

Nie sposób ukończyć zawody, kiedy jest się w pełni sił – sztuką jest ukończyć zawody kiedy nasze ciało odmówiło posłuszeństwa. To wtedy poznaje się prawdziwy hart ducha. Właśnie takiej sytuacji wraz z biegowym partnerem, Piotrem, doświadczyłem na własnej skórze w czasie kultowego już w środowisku ultrasów Biegu Rzeźnika, którego 12. edycja odbyła się w pierwszy piątek czerwca na malowniczych szlakach Bieszczadów.

Relacja Damiana Pyrkosza, Ambasadora Festiwalu Biegów

Bieg rozpoczął się o godz. 3 nad ranem w Komańczy. Z racji zakwaterowania w tej właśnie miejscowości nie musieliśmy wstawać przynajmniej półtorej godziny wcześniej aby zdążyć na autobus z Cisnej do Komańczy. Trudno było Nas – ultrasów, nie zauważyć. Wszędzie maniacy w czołówkach na głowie i obcisłych gatkach, włącznie z nami. Odliczanie, wystrzał, start i potem już tylko bieg. I tak przez ładnych kilkanaście godzin...

Po starcie jest tłoczno, nawet bardzo. Nie można biec swobodnie i cały czas trzeba się pilnować by nie zabiec komuś drogi oraz nie zgubić swojego partnera. Trzymamy się z Piotrem najpierw obok siebie, potem w zasięgu wzroku. Rozmowy, spokojne tempo biegu i nocny chłód pozytywnie nastrajają w oczekiwaniu na kolejne godziny biegu. W takich „okolicznościach przyrody” czas mija szybko.

Kiedy dobiegamy do pierwszego punku kontrolnego - na Przełęczy Żebrak (17km / 816m) już dnieje. Seria kolejnych podbiegów powoli przypomina nam po co tutaj tak naprawdę jesteśmy. Dzięki temu, że Piotr dyktuje wolniejsze od mojego tempo, nie męczę się (pewnie gdybym biegł sam już na tym etapie biegu zaczynałbym odczuwać pierwsze oznaki „zajechania”). Stromy zbieg do Cisnej jest pierwszym sprawdzianem dla naszych „czwórek”. Test zaliczony.

Cisna (32km / 565m) wita nas słoneczną pogodą i dopingującymi tłumami ludzi żądnymi widowiska, czyli maniaków biegów górskich w akcji. Wiemy, że od tej pory temperatura będzie coraz wyższa. Wybieramy depozyty z przepaku, przebieramy się, wyciągamy kijki. Smaruję się kremem do opalania (trafna decyzja). Coś jemy, pijemy, jeszcze wspólne zdjęcie i wyruszamy w drogę. Niby szybko, niby nikt się z niczym nie ociągał, ale spędziliśmy na punkcie ponad pół godziny. Kiedy wyruszamy z powrotem na trasę, mija ponad pięć godzin od rozpoczęcia biegu.

Jak do tej pory wszystko szło zgodnie z planem. Dzięki niezbyt forsownemu tempu czułem duży zapas sił, a duch walki wciąż się wiercił z niecierpliwością czekając na swoją szansę. Niestety miało się to wkrótce zmienić. W czasie podbiegu na Małe Jasło, Jasło i Ferczatą Piotr doznaje kontuzji kolana (o czym zresztą mówi mi dopiero na zbiegu z Ferczatej do Smereka). Widzę też, że nie jest w dobrej formie. W czasie odpoczynku na Jaśle mówi mi to, co ja zawsze staram się odsuwać od siebie jak najdłużej, czego sam zawsze wystrzegam się jak ognia w czasie zawodów i co zawsze oznacza w moim przypadku, że mam kryzys.

„Damian, nie chce mi się już biec.” To stwierdzenie zszokowało mnie, bo sam byłem z nastroju skrajnie przeciwnym. Udałem, że go nie słyszę (co innego mogłem zrobić?), poprosiłem kogoś, by zrobił nam zdjęcie i… pobiegliśmy dalej.

Polecamy również:


Podziel się:
kochambiegacnafestiwalu
kochambiegacwpolsce