Zdążyć przed rzeźnikiem. „Kocham biegać ultra”
Opublikowane w czw., 11/06/2015 - 10:00
Wkrótce dociera do mnie wiadomość, że coś jest nie tak z kolanem Piotra. I nie jest to chwilowe niedomaganie. Na zbiegu do Smreka Piotr coraz częściej mówi o bólu kolana i przechodzi do chodu. Ale idziemy naprzód. Kiedy jednak zbieg łagodnieje a trasa delikatnie opada, przechodzimy do biegu i wyprzedzamy wiele par, które wcześniej nas mijały po drodze. To dodaje nam sił, szczególnie Piotrowi. Jestem pod wrażeniem Piotra, który pokonał kryzys, odrodził się a teraz znowu razem napieramy. Znowu jest przyjemnie chłodno mimo słońca w pełnej krasie.
Dobiegamy do Smreka (56km / 590m) już pełni wiary we własne siły. Zostaje ona wzmocniona przez obsługę punktu oferującego szeroki zakres delikatesów dla podniebienia. Kanapki różnego rodzaju, pyszna zupa pomidorowa, żele i wiele jeszcze innych (oprócz oczywiście wody i izotoniku) to zdecydowanie więcej niż to, do czego przywykliśmy na punktach kontrolnych tego rodzaju imprez. No i ta bardzo miła obsługa wolontariuszy. Spędzamy tu 25 minut i wybiegamy tuż przed ukończeniem dziewiatej godziny biegu. Jest dobrze, przynajmniej tak się nam wydaje.
Po opuszczeniu przepaku w Smreku czeka nas najdłuższy podbieg / podejście na całej trasie - pod szczyt Smerek (1222m). Co oznacza, że na blisko 11-kilometrowym odcinku trasa pnie się ponad 600 metrów w górę. Jak się szybko okazuje, jest to punkt krytyczny dla naszej drużyny. Kolano Piotra „rozkręciło” się na dobre i boli non-stop, uniemożliwiając mu jakikolwiek bieg. Do tego samopoczucie mojego biegowego brata jest w coraz gorsze.
Paradoksalnie przyczynił się do tego właśnie punkt odżywczy na Smreku, który wytrącił go z dobrego rytmu biegowego (po pokonaniu już jednego kryzysu) a dobre jedzenie „rozleniwiło” ciało i utrudniło bieg. To wtedy właśnie po raz pierwszy zwracamy się do innych biegaczy w prośbą o środki przeciwbólowe. Jak się później okazuje, jeszcze wiele razy taką pomoc otrzymamy, za co wszystkim współbiegaczom serdecznie dziękujemy.
Widząc ile wysiłku kosztuje Piotra utrzymanie jakiegokolwiek tempa biegu na płaskich odcinkach trasy, a chodu na podejściach i zbiegach oraz ile mu to sprawia bólu, zaczynam coraz wyraźniej zdawać sobie sprawę, że stawką w naszych zawodach przestaje być wykręcenie jakiegoś tam czasu, o którym mówiliśmy przed biegiem (w okolicach 13-14 godzin), ale jest nią po prostu ukończenie biegu w limicie czasu. Aby tak się stało wiemy, że po pierwsze - musimy zdążyć na punkt Berehy Górne przed 17:00, a po drugie - musimy zdążyć na metę w Ustrzykach Górnych przed 19:00. Biorąc pod uwagę kontuzję Piotra i coraz słabsze tempo naszego biegu są to zadania bardzo ambitne.
Robiąc częste przystanki i będąc wspomaganym przez środki przeciwbólowe i przeciwzapalne uzyskane od innych uczestników biegu, udaje się nam jakoś osiągnąć Smerek. A następnie przebiec przez Połoninę Wetlińską i dotrzeć do Chatki Puchatka (1228m n.p.m.). Jesteśmy bliżej celu ale ten jest wciąż daleko. Teraz czeka nas zbieg do Berehów Górnych (760m n.p.m.).


