Górskie bieganie z Panną i Niedźwiedziem w tle [ZDJĘCIA]

 

Górskie bieganie z Panną i Niedźwiedziem w tle [ZDJĘCIA]


Opublikowane w sob., 04/10/2014 - 23:52

Klub Biegacza z Sobótki to bardzo aktywny organizator. Tym razem zaskoczył biegaczy organizując bieg górski pośród dolnośląskich nizin. Zwłaszcza dla tych uczestników zwykłego Półmaratonu Ślężańskiego, którzy dopiero zaczynają starty i zmagają się z nawierzchnią asfaltową wokół Ślęży, pomysł poprowadzenia trasy przez górę i to jeszcze dwukrotnie, mógł wydawać się szalony. A jednak znalazło się ponad trzystu chętnych, aby w październikową sobotę zmierzyć się z nowym biegiem poświęconym jednemu z zawodników tutejszego Klubu Biegacza, Adamowi Palichlebowi. Można powiedzieć „nareszcie”, bo ktokolwiek trenował na ślężańskich trasach musiał stwierdzić, że aż się prosi, aby zorganizować na tym malowniczym i trudnym terenie bieg długodystansowy (o 5-kilometrowym Biegu na Ślężę nie wspominając).

Wybierając się na ten bieg, byłem przekonany, że organizacyjnie wszystko będzie zapięte na ostatni guzik. W końcu KB z Sobótki organizuje jeden z najlepszych półmaratonów w Polsce oraz bieg alpejski o dwudziestoletniej tradycji, więc na pewno wie, co robi. Jedyne czego nie mogli przygotować organizatorzy to pogoda i faktycznie poranna mgła zapowiadała ciekawe warunki dla biegu górskiego.

Ulokowanie startu pod Domem Turysty „Pod Wieżycą” zmusiło nas do rozgrzewki na podejściu z biura zawodów umiejscowionego w samej Sobótce. Przed startem uczciliśmy pamięć zmarłego współzałożyciela Klubu Biegacza i ruszyliśmy na trasę. Początek dał mi szansę na stopniowe przestawienie organizmu w tryb biegu górskiego. Póki nie skręciliśmy z drogi Piotra Włosta, trasa wiodła łagodnie pod górę, ale później zaczął się marsz gęsiego trudnym podejściem na Ślężę. Na tym etapie jeszcze znajdowali się chętni do wyprzedzania, mimo wąskiej i skalistej ścieżki. Szczyt przywitał nas chłodno i mgliście, ale dzięki dobrze zaopatrzonemu punktowi odżywczemu, można było szybko ruszyć dalej kościelnymi schodami.

Kolejny etap to zbieg, którego słusznie wielu się obawiało. Skałki, śliskie kamienie i korzenie nie ułatwiały „nadrabiania” czasu straconego na wejściu. I to tutaj przekonałem się po raz pierwszy, że moje buty nie mają tej przyczepności co dawniej, na szczęście obyło się bez konsekwencji. Po zbiegu dobiegnięcie do przełęczy to była czysta formalność. W tym miejscu krzyżowały się trasy prowadzące wokół Raduni i wielu kibiców dopingowało nas dobrowolnie i przymusowo (jako kierowcy zatrzymanych aut). Widok Piotra Hercoga, właśnie wybiegającego z powrotem w kierunku Ślęży mógł być z lekka (de)motywujący.

Nas czekała jeszcze ok. 4-kilometrowa pętla wokół mniejszej z gór Masywu Ślężańskiego wraz z krótkim podejściem. Można było podziękować władzom rezerwatu, że nie zgodziły się na poprowadzenie trasy bezpośrednio przez Radunię, ponieważ podejście zapowiadało się jako najtrudniejsze w całym biegu. A tak, w całkiem dobrej formie wróciłem do punktu odświeżania na przełęczy i ruszyłem wraz z już dość zgraną ekipą „współbiegaczy” ponownie w kierunku Ślęży. Początkowa dość wygodna droga zamieniła się w coraz bardziej stromy szlak pod górę. Na tym etapie biegu nie było już chętnych do wyprzedzania, a dało się słyszeć sakramentalne „daleko jeszcze?”.

Polecamy również:


Podziel się:
kochambiegacnafestiwalu
kochambiegacwpolsce