„Dla mnie każdy jest zwycięzcą”. Michał Napierała o szefowaniu Bytomskiemu Półmaratonowi

 

„Dla mnie każdy jest zwycięzcą”. Michał Napierała o szefowaniu Bytomskiemu Półmaratonowi


Opublikowane w pt., 11/04/2014 - 14:09

Ile osób wystartowało rok temu?

1800. Byliśmy zaskoczeni, część biegła bez numerów, dosyłaliśmy im później koszulki i medale. Byliśmy przygotowani na 1200 jak rok wcześniej…

To co się stało, że nagle tyle osób przyjechało na Bytomski Półmaraton?

Wiarygodność i dobra atmosfera na trasie. Biegnie się przez osiedle, ludzie na ulicach, balkonach oklaskują zawodników, dopingują. Chwalą też trasę. Jeden biegacz powiedział mi kiedyś, że jest pierwszy raz w Bytomiu i nie wiedział, że miasto leży w górach. Śmiałem się, że to nie góry, ale szkody górnicze a on na to, że za rok przywiezie jeszcze więcej kolegów, bo tak mu się podoba. A nie jestem zawodowcem.

Teraz już chyba tak…

Nie, dalej nie. I trochę się boję, bo to duże przedsięwzięcie. Przychodzi 1800 osób, kilka tysięcy na widowni. W tym roku może 1800 albo nawet 2000.

I mimo takiego tłumu, każdego zawodnika osobiście wita pan na mecie, przybijając mu „piątkę” albo wręcz ciągnąc do mety. Dlaczego?

Nie wiem, tak się po prostu dzieje. Przejąłem to chyba z naszego klubu, gdzie zawsze, jak zawodnik wygrywa, przybijam mu „piątkę”, dziękuję za zakończony mecz. Dla mnie każdy, kto dobiega, jest zwycięzcą. Pierwszy i ostatni. Na otwarciu jest zawsze prezydent, ksiądz i wszyscy święci, ja z nimi nie siedzę przy kawie. Idę na metę, bo już po 20 minutach trzeba wyglądać pierwszych z 10 km. Witam każdego.

Naprawdę przybił pan ponad 1800 „piątek”?

Tak. Kilka osób nie przybiło mi piątki, ale to ich wola, może mnie nie lubią. Ale większość przybija nawet dwie „piątki”. Takie bliższe mi osoby łapię za rękę, wybiegam im naprzeciw i razem sprintem pędzimy do mety.

Czyli też pan nabiega trochę kilometrów…

Dychę na pewno (śmiech). Jeśli jest tyle osób a ja do każdego wybiegam 50 metrów i wracam. Nogi bolą.

A jakie to emocje towarzyszyć ludziom wbiegającym na metę?

Te emocje się bardzo udzielają. Mocno w tym uczestniczę. Lubię, jak oni walczą z sobą i swoimi słabościami. Jest podbieg do mety, czasami już ktoś nie może, ja go wtedy pod pachę i ciągnę „dawaj, dasz radę!”. Potem dostaję wiadomości „Michał, dzięki, byłeś super”. To cieszy. Albo zawodnicy na wózkach – zawsze ich dopycham do mety, pod górę. To ogromnie wzruszające. Oni mają takie hasła na plecach, na przykład „Nie widzę przeszkód”. Kiedyś był pan, który naderwał sobie coś w pachwinie i nie mógł biec. Kiedy do limitu czasu brakowało czterech minut, dzwonię pytać gdzie on jest i mówią mi, że minął 20 kilometr. Zbiegłem na dół, spotykam go i mówi, że już nie może i nie zdąży dobiec w limicie. Złapałem go i targam do mety, chłop 100 kg! Przez te 150 m podbiegu go wniosłem i puściłem na mecie. Coś mnie wtedy zabolało w kręgosłupie. Ale ten człowiek tak mi dziękował, nawet mu nie mówiłem. Zmieściliśmy się 10 sekund przed wyłączeniem zegara. Potem okazało się, że mi dysk wypadł.

Spore poświęcenie. Nie dziwię się, że bieg ma tak niezwykłą, gorącą atmosferę.

To też pogoda – zawsze mamy ładną. Zdarza się, że leje nawet dzień, ale w dniu biegu zawsze jest ładnie. W tym roku też pewnie będzie. Zapraszam do Bytomia 21 września!

Będziemy na pewno!

Rozmawiała Katarzyna Marondel

 

Polecamy również:


Podziel się:
kochambiegacnafestiwalu
kochambiegacwpolsce