"Zadałam sobie rany, ale wyszłam z tego silniejsza". Joanna Mostowska przebiegła 500 km GSB dla Mikołajka
Opublikowane w śr., 03/07/2019 - 17:52
Jak mijały kolejne dni na czerwonym Głównym Szlaku Beskidzkim? Oddajmy teraz na dłużej głos Joannie:
– Już pierwszego dnia: 36 stopni. A ja nie znoszę upałów! Piłam gdzie się da. Do końca dnia wlałam w siebie 14 litrów płynów. Jedzenie za to "nie wchodziło" zupełnie. W schronisku pod Baranią Górą spróbowałam wcisnąć w siebie zupę pomidorową. Poza skromnym śniadaniem to jedyna rzecz, którą udało mi się zjeść tego dnia. Ale na świeżych jeszcze nogach udało się "wykręcić" 64 kilometry.

– W kolejnych dniach sporo padało. Zapewniało to przyjemny chłód, ale byłam „do tyłu” z założonym planem. Strata kilometrów rosła z dnia na dzień.
– Poważne zmęczenie przyszło czwartego dnia. Podejścia w Beskidzie Sądeckim mocno dały mi „popalić”. Zaczęły także boleć stopy. Dziwiłam się, bo na żadnym biegu nie miałam z tym kłopotów. Z kolanami, czasem z żołądkiem - i owszem. Ale stopy zawsze radziły sobie świetnie. Tam gdzie to było możliwe, myłam je, smarowałam, zmieniałam skarpetki i buty. Mimo tych wszystkich zabiegów, stopy dostały straszne baty!
– Kryzys przyszedł piątego dnia. Nie na trasie. Już z rana, bo nie mogłam wstać. Potem wlokłam się od Rytra, potwornie wolno. Gdyby nie to, że przy każdym zatrzymaniu się komary cięły jak szalone, pewnie poszłabym w krzaki spać. Trochę też wymiotowałam, co jeszcze bardziej mnie osłabiło.
– Miałam dość tego biegu, myślałam o zejściu z trasy. Ale czy zwykłe zmęczenie to wystarczający powód, by rezygnować? Myślałam też o Mikołajku, że nie mogę go zawieść i się poddać. Mozolnie dotarłam do schroniska na Hali Łabowskiej. Herbata z cukrem postawiła mnie na nogach! „Kryzys zażegnany!” – pomyślałam z radością. A przecież nie ma nic bardziej budującego, niż pokonanie kryzysu.
– Stopy bolały coraz bardziej, ale dotarłam do półmetka trasy i wbiegłam w Beskid Niski. To mój ulubiony fragment GSB, dał mi nowy zastrzyk energii. Znam te tereny z wędrówek i z trzech biegowych startów w Łemkowynie, na 70, 100 i 150 km.
– Ludzie w Beskidzie Niskim są przemili! "Dokąd pani tak biegnie?" zapytał mężczyzna. "Do Chyrowej" odpowiedziałam. "A to pani nie dobiegnie. Trzeba na PKS poczekać!" szczerze poradził. W Mochnaczce inny pan, ledwie trzymający pion, pochwalił, że dawno u nich we wsi nie było takiej damy. To dlatego, że cały szlak przebiegłam w kolorowych spódniczkach. Ten sam pan, widząc Kubę przy samochodzie, na którym suszyły się buty i skarpetki, a w bagażniku było sporo jedzenia, spytał, co za handelek się tu odbywa.

– Wreszcie Bieszczady i Cisna, gdzie właśnie trwał Festiwal Biegu Rzeźnika. Dostałam spory doping od kilku osób, truchtających lub spacerujących po swoich startach. Leciałam dalej, choć wiedziałam już, że nie wyrobię się w założonych 8 dobach. Nie czułam szczególnego zmęczenia i nawet przyszło mi do głowy, żeby przeć do mety bez spania. Wiedziałam jednak , że muszę dać odpocząć stopom. Zatrzymałam się więc na nocleg w Smereku. (czytaj dalej)

