Wielka Prehyba Ambasadorki: „Co ja tu robię i na co ja się porwałam …”
Opublikowane w pon., 04/05/2015 - 13:04
„Co ja tu robię i na co ja się porwałam…"
Wybiła godzina 9 i ruszyliśmy przed siebie. Pierwsze 2 km pokonaliśmy po asfalcie, a następnie skręciliśmy w stronę Dzwonkówki żółtym szlakiem. Od tego momentu zaczęła się wędrówka. Przez następne 2 km droga prowadziła mocno pod górę. Był to chyba najbardziej kryzysowy moment na całej trasie. Serce mi waliło jak oszalałe, było mi duszno i myślałam, że się przewrócę. Czułam się jakby ktoś włożył mnie do piekarnika i nastawił na 220 stopni! Przeklęłam w duchu moment, w którym zdecydowałam się na ten bieg. Miałam ochotę zejść, zawrócić, ale było mi wstyd i nie miałam racjonalnego wytłumaczenia „czemu?”. Wszyscy we mnie wierzą, więc dam radę! Poza tym spojrzałam w lewo…
Na 4 km odrobinę się wypłaszczyło, więc złapałam oddech i psychicznie przygotowałam się do mozolnego podejścia na Dzwonkówkę. Na tym odcinku wlałam w siebie ogromne ilości wody, aby jakoś przetrwać na tej „patelni”. Na szczycie miałam już 7 kilometrów w nogach, 550m w pionie, a wszystko powoli zaczęło się klarować.
Dziękuje Ci Boże za śnieg, który stworzyłeś!
Przygotowując się do maratonu, zazwyczaj rozkręcałam się na ok. 7 km. Tak było i tym razem. Dodatkowo czekał na nas prawie 3 km zbieg! Możecie sobie wyobrazić, jaka była moja radość, gdy mogłam zbiegać niczym górska kozica. Moje buty fantastycznie trzymały się na kamieniach. Czasem nawet jak chciałam chwilę odetchnąć to nie mogłam, bo ciało samo leciało w dół, aż … zatrzymałam się na wystającym korzeniu. Przyznam, że nie sądziłam, że zbiegi będą aż tak strome, a zakręt pojawi się znienacka. Po zderzeniu z pokaźnym konarem, otrzepałam ręce i dalej pognałam w dół.
Przez kolejny kilometr mieliśmy do pokonania ok. 300 m w górę. W połowie znowu zaczęło mi się robić duszno. Żałowałam, że przed startem oddałam kijki, a tak bardzo by teraz się przydały. Wtem przede mną ujrzałam dziewczynę ze zwykłym kijem. Zaczęłam pukać się w głowę – tyle lat człowiek po górach chodzi i tyle razy brał zwykłego badyla z lasu by się podeprzeć. Szybko znalazłam kij i … było o 120% lżej! Co więcej, zobaczyłam śnieg, który w pierwszej sekundzie mnie przeraził, w kolejnej już ratował mi życie. Zaczęłam przykładać do twarzy i karku. O jeżuniumalusieńki … ekstaza i radość dziecka!
Trasa zaczęła być bardziej łagodna, ale za to musieliśmy się zmagać ze śliskim śniegiem i błotem. Do Schroniska Na Przechybie biegliśmy trzyosobową grupą, która nawzajem się motywowała i ostrzegała. Punkt odżywczy znajdował się na ok. 14 kilometrze na Hali Przechyba. Był bardzo dobrze zaopatrzony. Dwa kubki izotonika, wody, dwie połówki banana i w drogę, bo ekipa ucieka.
Radziejowa, czyli przeżyjmy to jeszcze raz
W sierpniu 2014 roku miałam okazję brać udział w „Biegu na Radziejową”, którego początek miał miejsce w Piwnicznej Zdrój. Przyznam, że jak przypomnę sobie ten 10 km podbieg na tę piekielną górę to chyba już zawsze szczyt Radziejowej, będzie kojarzył mi się męką.
Tym razem nie mogło być inaczej. Trasa falowała do 17km. Buty „jeździły” mi po śniegu i starałam się biec ostrożnie. W pewnym momencie noga ześlizgnęła mi się tak, ze wpadłam po kolana w śnieg, a raczej w wodę pod tym śniegiem. Próbując się wydostać, umoczyłam się jeszcze bardziej. Kolejne km pokonywałam, więc z wodą w butach, co nie należało do komfortu. Podejście pod Radziejową (nie ważne czy od strony Szczawnicy czy Piwnicznej) jest zawsze drogą przez mękę. Powtarzałam sobie w myślach, że jak już tam wejdę to będzie w dół. Drogę do Obidzy (drugiego punktu odżywczego), kojarzyłam bardzo dobrze. Oprócz jednego dłuższego podejścia, jak szalona będę mogła pędzić w dół! Nie przypadkowo, gdy dotarłam na Radziejową, na twarzy pojawił się uśmiech. Koniec gorszego odcinka trasy. Teraz będzie już tylko lepiej. 19 km pokonane głową, 823 m w górę i 3,15 h na zegarku. Czas w końcu trochę zmęczyć nogi.



.jpg?itok=eWfmRK7K)