Ultra-Śledź Puszczy Knyszyńskiej - po podlasku i na zimno. Wyborny! [ZDJĘCIA]

 

Ultra-Śledź Puszczy Knyszyńskiej - po podlasku i na zimno. Wyborny! [ZDJĘCIA]


Opublikowane w pon., 15/02/2016 - 12:23

Mapa zbędna

Sobota, szósta rano. Ciemno, lekki mróz, bruk przed „Bukowiskiem” śliski. Trzeba uważać, aby nie przywitać podłoża jeszcze przed oficjalnym startem. Zbieramy się przed dmuchaną bramą startową. W mroku nocy migają czołówki, kibice robią przedstartowe zdjęcia. W końcu organizator puszcza podniosłą, nastrojową muzykę tak jak się to robi w alpejskich biegach i ruszamy.

Pierwszy kilometr to wybieg asfaltem z Supraśla i niedaleko za rzeką skręt do lasu. Zaczynają się leśne ścieżki i podlaskie pagórki. Niewysokie, ale miejscami stromawe i gęsto upakowane. Ten kilkukilometrowy odcinek przypomina mi trochę popularne warszawskie biegi w Falenicy. Gdyby tak miała wyglądać cała trasa to ciężko by było zejść poniżej 10 godzin.

Po około siedmiu kilometrach zbiegamy do doliny rzeczki Supraśl i biegniemy w kierunku miasteczka. Teren się wypłaszcza, jest piękny, lekko mroźny poranek. Latarka już odpoczywa w plecaku. Czuję się świetnie. Warunki do kręcenia dobrych czasów jak na luty są idealne: biegniemy albo po zmarzniętej, twardej ziemi albo po cieniutkiej warstwie zmrożonego śniegu. Nie jest ślisko, nie taplamy się w błocie ani nie brniemy z śniegu po łydki. Trasa zgodnie z obietnicami organizatorów oznaczona jest bardzo dobrze. Mam mapę w podręcznej kieszonce, ale ani teraz ani do końca biegu nie będę miał potrzeby, aby do niej sięgnąć. Można biec, cieszyć się widokami czy pozować dla przyczajonego nad rzeczką fotografa.

Pierwsze dziesięć kilometrów przemierzam z zaciągniętym hamulcem. Zagaduję to z tym, to z tamtym. Wygłupiam się nucąc pod nosem różne obciachowe piosenki. Ludzi z listy startowej za bardzo nie znam i nie wiem, kogo mam się tu bać, więc boję się tych, których znam. Mijam się, co jakiś czas z dwoma znajomymi „harpaganami”, kolegami z ultra-imprez na orientację. Biegnę też z Wojtkiem „Burzą” Burzyńskim, który podobnie jak ja zaczął spokojnie. Wojtek obiegł mnie kiedyś na orienterskim, stukilometrowym „Skorpionie” i dziś mam chęć i okazję do rewanżu.

Finiszujemy

Równo po dziesięciu kilometrach, po chwilowym zatrzymaniu za „małą potrzebą” oświadczam Wojtkowi, że zaczynam finisz i przyśpieszam. 70 kilometrów przed metą to trochę dziwny finisz ale co tam. To niby ultra, ale krótkie ultra. Tu, aby być wysoko czy powalczyć o pudło nie wystarczy tak po prostu przebiec. Trzeba przebiec trzymając konkretne tempo.

Na pierwszym pomiarze czasu jestem 18-ty. Z czasem powoli doganiam i mijam kolejne osoby przeskakując pozycję wyżej. Jeden z mijanych mówi mi, że czołówka zaczęła po 4:20. Hmm.., to dla mnie dobry znak – myślę. Jeśli to nie jakieś klony Gedyminasa to jest szansa, że się na końcu zagotują. Na pierwszym punkcie żywieniowym wita mnie „Batman”, na którymś następnym będzie też smok czy inny gad. Obsługa jest bardzo miła, pomocna i zagrzewa do walki. Pomagają w tym imiona wypisane na numerach startowych. „Brawo! Dajesz Paweł! Dojdziesz ich!” – słyszę od zebranych. Szkoda, że nie mam czasu odpocząć. Wlewam szybko herbatę, chwytam za dwa ciastka i lecę dalej.

Mijają kolejne kilometry, słońce wznosi się coraz wyżej, coraz wyżej wznosi się też moja pozycja. Biegnę już w pierwszej dziesiątce. Około czterdziestego kilometra ktoś z obsługi wita mnie słowami „witamy na płaskim Podlasiu” i jednocześnie z uśmiechem wskazuję ręką strome podejście pod górę. Podchodzę na pasmo najwyższych pagórków w okolicy, Wzgórz Świętojańskich. Po krótkiej wspinaczce biegnę ścieżką po ich grzbiecie. Widoki są piękne: słonecznie, las, warstewka śniegu pod stopami, po lewej i po prawej stronie teren opada w dół. Dobiegam do wieży widokowej. Cieszę się, że uczestniczę w zawodach, ale równocześnie żałuję, że nie mam aparatu. W tych okolicznościach wyszłyby dobre zdjęcia.


Polecamy również:


Podziel się:
kochambiegacnafestiwalu
kochambiegacwpolsce