TriCity Trail Ambasadora: „Las jest pełen zwierząt”

 

TriCity Trail Ambasadora: „Las jest pełen zwierząt”


Opublikowane w śr., 15/07/2015 - 11:12

Kolejne kilometry to typowe klepanie dystansu w zmieniającym się terenie: pod górkę, z górki, przez las, przez łąkę, przez krzaki, po pościnanych gałęziach itp. Biegnę w kilkuosobowej grupie, ale przez ten manewr na trzecim kilometrze nie wiadomo ilu zawodników jest przed nami. Las na ten temat milczy. Słychać tylko szum liści, śpiew ptaków i odgłos naszych kroków.

Na dwunastym kilometrze ktoś nas nagle wyprzedza. Sarna? Nie to Marta Barcewicz pognała do przodu i szybko znalazła się 100 metrów przed naszą grupą. Kilka kilometrów trwało zanim została wchłonięta przez nasz mały peletonik. Tak dobiegliśmy do pierwszego bufetu na 22. kilometrze.

W związku z tym, że w nogach nie było jeszcze dużo kilometrów, bufet został szybko za nami i trafiliśmy na kolejną przeszkodę. Po przebiegnięciu osiedla mieszkaniowego, pod koniec którego nie było żadnych taśm (nie możliwe, by nie było ich na tak długim odcinku więc ktoś je musiał zerwać), dobiegliśmy do rozwidlenia. Można było biec po dwóch stronach tej samej rzeczki. Grupa się podzieliła i przeczesywała oba brzegi w poszukiwaniu taśm.

100 metrów i nic. 150 metrów - dalej nic. Obie grupy zawróciły. Ktoś wyciągnął mapę i stwierdził, że jest pewien, że musimy biec z lewej strony rzeczki. Ruszamy i okazuje się, że kilkadziesiąt metrów od miejsca, w którym poprzednio zawróciliśmy stoi sobie drzewo obwiązane zieloną taśmą i się z nas śmieje... Gdyby taśma była innego koloru, to pewnie byśmy ją zauważyli z daleka, już za pierwszym razem.

Do drugiego bufetu na 34. kilometrze jeszcze biegniemy małą grupką. Od tego miejsca zaczynam biec sam, widząc przed sobą trzech pojedynczych zawodników. Po czterech godzinach biegu miałem zadzwonić do domu. To 40. kilometr trasy (wg. Garmina), ale zdaję sobie sprawę, że pewnie to 38 kilometr po tych perypetiach z taśmami. Krótki meldunek biegnę dalej, bo na 42. kilometrze miał czekać na mnie mój brat mieszkający w Gdyni.

Na tym punkcie przebiegliśmy kilkaset metrów razem. Dowiedziałem się, że jestem dziewiąty (trzy osoby z przodu w dalszym ciągu były w zasięgu mojego wzroku). Poopowiadałem o bieganiu na orientację i znowu zostałem sam. Ale dotarło do mnie że jest już z górki. Oczywiście mam na myśli dystans, bo ukształtowanie terenu to w dalszym ciągu zęby rekina.

Pięćdziesiąty kilometr to już typowa „samotność długodystansowca”. Nikogo przede mną i nikogo za mną.

By nie było mi za wesoło, odezwało się moje biodro, które w maju wyłączyło mnie na trzy tygodnie z biegania. Po tamtej przerwie najdłuższy trening jaki zrobiłem to 28 km. Mało w przygotowaniu do maratonu, a w przygotowaniu do ultra to prawie nic....

Oczywiście los okazał się złośliwy i w ciągu kilkuset metrów musiałem przejść z biegu do truchtu. A później z truchtu do marszu. Zacząłem już liczyć czy maszerując do końca uda mi się zmieścić w limicie czasu. Minął mnie jeden zawodnik, a później jeszcze grupka trzech innych. Jeden z nich gdy usłyszał co się stało stwierdził, że gdybym był kobietą to by mnie przytulił.... Odpowiedziałem, że nie mam zamiaru się mazać i idę dalej.

W ten sposób z dziewiątego spadłem na trzynaste miejsce. Wtedy przypomniało mi się, że w plecaku mam tabletki przeciwbólowe. Z zasady jestem wrogiem wszelkich tabletek i biorę je tylko w sytuacjach wyjątkowych, więc może dlatego tak szybko zadziałały. Po kilkuset metrach znowu biegłem, ale nikogo już przed sobą nie widziałem. Wiedząc, że niedługo na 54km jest bufet postanowiłem że właśnie tam spróbuję odzyskać to, co straciłem.

Na bufecie było jeszcze kilku wyprzedzających mnie zawodników. Korzystając z okazji z zabawiłem tam tylko kilkadziesiąt sekund i jako drugi z grupy ruszyłem dalej.

Moja taktyka na dalszą część biegu była taka, że na wszystkich delikatniejszych podbiegach w sytuacji, gdy konkurencji idą, ja biegnę. W ten sposób już po kilku kilometrach nie widziałem już nikogo za sobą.

Około 70. kilometra przytrafiło się tak strome podejście, że trzeba je było pokonywać bokiem.

Gdy dotarłem do punktu żywieniowego na 73. kilometrze wiedziałem już od stojących na trasie kibiców, że zawodnik mnie poprzedzający ma ok. 15 min. przewagi. Gdy miałem ruszać dalej do punktu, dobiegł do mnie Michał Witkowski, również z Torunia. Zaproponowałem, że biegniemy dalej razem. Było pewne że nikogo raczej nie dogonimy, ale nogi nieźle nam się kręciły, więc było również pewne, że nikt nie powinien nas dojść.

Dwa kilometry przed metą Michał zaproponował, że jak chcę mogę przyśpieszyć do mety. Rzeczywiście czułem moc więc się skusiłem. Biegłem już alejkami Parku im. Majkowskiego w Wejherowie miałem pewnie z 200 metrów przewagi nad kolegą. Było sporo zakrętów ale rozciągnięte taśmy prowadziły gdzie trzeba. W samej końcówce jedna z taśm była zerwana i leżała na trawie, ale szybko dostrzegłem w oddali kolejne oznaczenia. Pobiegłem tam, gdzie wskazywała logika.

W okolicach mety zbaraniałem (a jednak ktoś miał rację). Okazało się, że metę chcę przekroczyć od drugiej strony. Ktoś zaczął krzyczeć co ja tu robię. Zanim zorientowałem się o co chodzi i zawróciłem do miejsca z zerwaną taśmą i wbiegłem na metę z właściwej strony, dostrzegłem przed sobą finiszującego Michała. Dzięki jakiemuś spacerowiczowi, któremu przeszkadzała taśma zagradzająca spacerową alejkę, ukończyłem bieg na szóstym miejscu. Do mety dotarłem piąty. Cóż. Życie.

Przed startem to szóste miejsce wziąłbym w ciemno. Najważniejsze, że był to mój najlepszy dotychczasowy start w biegu ultra, bez kryzysu na trasie, z mniejszym zmęczeniem niż po niejednym maratonie oraz z dużym niedosytem na mecie. A to dobry prognostyk na przyszłość mimo, że jestem już po pięćdziesiątce więc mam większą przeszłość niż przyszłość...

Jeżeli organizatorzy wyciągną wnioski z niedociągnięć z pierwszej edycji, to TriCity Ultra będzie imprezą znakomitą. Dystans w sam raz, trasa idealna. Oznaczmy ją lepiej i do zobaczenia za rok!

Krzysztof Góralski, Ambasador Festiwalu Biegów

fot. Runeda, Piotr Dymus

Polecamy również:


Podziel się:
kochambiegacnafestiwalu
kochambiegacwpolsce