Silnalina – Nasz Runmageddon Ultra. "To nie jest bieg..."

 

Silnalina – Nasz Runmageddon Ultra. "To nie jest bieg..."


Opublikowane w śr., 04/05/2016 - 08:56

Dostaję medal i czerwoną bandankę za ukończenie RMG Hardcore. Owinięty w NRC-tkę, załapuję się na wywiad przed kamerą Telewizji Beskid. Na resztkach adrenaliny gadam jakieś głupoty, więc proszę nie śmiejcie się za bardzo, jeśli to wejdzie do ich relacji. Siniaki i zadrapania mam wszędzie, a bolą mnie nawet włosy. Później odwiedzę jeszcze namiot medyczny, żeby sanitariuszka i lekarz obejrzeli mój brzuch. Podobno będę żył. Tylko pojechało po lakierze i trochę wgniotło blachę.

Później sobie długo pogadaliśmy z Tomkiem z Warszawy, który wystartował we wcześniejszej fali i miał podobną sytuację. Pod koniec trasy zaczął go boleć i spuchł prawy nadgarstek. Nie pamiętał momentu urazu, w ferworze walki widać nic nie poczuł. Przez to dwóch ostatnich ścian nie mógł przejść nawet z pomocą i machał dwie serie po 20 komandosów z jedną sprawną ręką i na mecie był około trzech minut po limicie. Wcześniej nawet myślał o drugiej pętli mimo tego urazu. Obaj czuliśmy sportową złość.

Na pewno mam niedosyt. Byłem mocno nastawiony na drugą pętlę. Przez długi czas myślałem, że do mety jest dalej i trochę mnie zaskoczyło, że się wyrobiłem w takim dobrym czasie. Jak się okazało, bez kontuzji miałbym spokojnie wynik z kilkuminutowym zapasem, w granicach 4:50-4:55 i na pewno bym napierał dalej. Z narastającym zmęczeniem, ale też już ze znajomością całej trasy. W siedmiogodzinnym limicie (12h na całość) raczej bym się zmieścił. Do poprawki za rok.

Z drugiej strony wiem, że w tych warunkach dałem z siebie więcej niż wszystko. To daje takie poczucie niezniszczalności, wiadomo że złudne, ale fajne. Może to nie było zbyt rozsądne i powinienem był zejść z trasy, zamiast głupio ryzykować. Ale wbrew wszystkiemu ukończyłem najtrudniejszą, górską edycję RMG Hardcore – biegu dla wariatów, do których z dumą się zaliczam!

Jak bym sportowo podsumował swoje przygotowania i start? Na pewno długofalowe skutki miało grudniowe skręcenie kostki, przez które zimą bardzo mało biegałem i nie mogłem porządnie ćwiczyć siłowo nóg. Strome podejścia i zbiegi może i pokonywałem sprawnie, ale w drugiej połowie dystansu czułem już w nogach zajechanie mięśniowe, co w końcu po 22 km górskiemu ultrasowi nie powinno się zdarzać. Ze wspinania została mi ogólna sprawność, a ostatnio nie mogąc ćwiczyć nóg, nadrabiałem treningami górnej połowy. Dzięki temu na przeszkodach siłowych po prostu czułem moc.

Widząc moją rzeźnicką koszulkę i łemkowską bandankę w których napierałem, ktoś mnie zapytał, czy 150 km w górach jest trudniejsze od Runmageddonu. Odpowiedziałem, że to zupełnie różne rodzaje sponiewierania. To pierwsze to długie i powolne umieranie, a na tym drugim można się upodlić szybko i ostro. Sam nie wiem, co w swoim masochizmie lubię bardziej.

A czym był dla mnie Runmageddon? Choć to wyświechtane - wspaniałą przygodą. Wyzwaniem dla ciała i psychy, któremu chyba sprostałem. Jeszcze jedną lekcją współpracy - jak w tej ostatniej piosence Luxtorpedy. Jaro Bieniecki (pełny wywiad niedługo) powiedział, że chciałby, by uczestnicy wychodzili z RMG jako lepsi ludzie. Oby tak naprawdę było.

Wkrótce w naszym portalu podsumowanie RMG Ultra i Hardcore w Myślenicach i wywiad z Jarem Bienieckim, dyrektorem Runmaggedonu.

Kamil Weinberg


Polecamy również:


Podziel się:
kochambiegacnafestiwalu
kochambiegacwpolsce