Silnalina – Nasz Runmageddon Ultra. "To nie jest bieg..."

 

Silnalina – Nasz Runmageddon Ultra. "To nie jest bieg..."


Opublikowane w śr., 04/05/2016 - 08:56

Sympatyczna wolontariuszka zapodaje mi tylko 10 burpees, pewnie w uznaniu za zaawansowaną próbę. Wracamy w bród przez rzekę. Zadowolony mimo wszystko z walki na tyrolce, biegnę dalej kamienistym brzegiem. To już chyba sporo za półmetkiem. Trzeba mocno docisnąć, żeby zmieścić się w limicie na drugą pętlę. Dobiegam do wysokiej równoważni. Nie czuję się mocny na takich zabawkach, ale trzeba spróbować. Wolontariusz mówi, że można korzystać z podania czyjejś ręki, ale trzeba na nogach albo na czworakach, nie okrakiem. Żeby na nią wskoczyć, wypycham się na rękach, nogą stając na ukośnej belce podporowej. Nagle noga się ześlizguje, a ja całym ciężarem ląduję brzuchem na narożniku belki, dostając potężne punktowe uderzenie pod żebra.

Najpierw szok, kilka sekund później ból. Zginam się w pół, siadam, wolontariusz mówi, żebym się położył. Żebra chyba całe, ale mięśnie brzucha dostają dziwnych skurczy. Boję się, czy coś mi nie poszło w środku. Kilka minut dochodzę do siebie leżąc na kamieniach. Ktoś mi później powie, że z boku to wyglądało groźnie.

Z trudem wstaję, chyba będę żył. Zejść, czy próbować dalej napierać? Cisnę dalej – mówię do wolontariusza – mam zrobić delfinki? – Jesteś pewny, że chcesz? – odpowiada – To spróbuj zrobić dziesięć. Z zaciśniętymi zębami robię ostrożną serię. Ból w brzuchu chyba się nie pogarsza. Napieramy.

Daję radę biec kamienistym terenem, chociaż ból mnie mocno spowalnia. Zdaję sobie sprawę, że drugą pętlę mam z głowy. Nie wiem tak naprawdę, czy sobie czegoś nie uszkodziłem – nie ma co ryzykować zdrowia. Większość normalnych ludzi pewnie by już teraz odpuściła. Ale kto powiedział, że jestem normalny?

Ostatnie przejście przez rzekę i drugi bufet z napojami. Plac zabaw z głazami i szpulami do przeskoczenia, tunelami do przeczołgania. Staram się pokonywać przeszkody jak najspokojniej. Przy każdym gwałtownym ruchu zaciskam zęby. Na koniec drewniana ścianka o narastającej stromiźnie. Siedzący na górze zawodnicy opuszczają ręce i nogi, by wbiegający mogli się złapać. Ci ich zmieniają i łapią następnych. To jest na Runmageddonie najpiękniejsze.

Boję się szarpać, wolę wejść statycznie. Znowu pomagają dawne umiejętności. Łapy odciągiem za dolną krawędź, nogi równolegle do nich. Dochodzę tak prawie do samej góry, łapię rękę współzawodnika, wyłażę na krawędź i go zmieniam, pomagając następnemu.

Znowu drzemy przez krzaki. Chyba się rozruszałem, biegnie mi się lepiej, choć do bólu mięśni brzucha dochodzą skurcze w udach. Znowu kamienisty brzeg. Później się dowiem, że parę osób się dziś w takich miejscach potłukło. Dwa razy hop przez barierkę. Namiot z siatki górą. Wskakiwanie do dołów. Indiana Jones – wahadło na linie nad rowem. Noszenie worów. Czołganie kanałem. Fiflak, czyli przewinięcie górą przez belkę. Ciąg przeszkód znów zlewa się w jedną całość...

Na dwóch ścianach na nadrzecznej łączce kwitnie samopomoc chłopska i babska. Już jesteśmy tak wyjechani, że nikt nie ma siły próbować samodzielnie. Podsadzam kogoś na trzymetrową ścianę i sam wchodzę po czyichś rękach i barku, łapiąc górną krawędź. Wciągniesz się sam? – pyta mój pomocnik. Nie wiem – mamroczę, przerzucając nogę na drugą stronę. Mięśnie brzucha znów przeszywa ból, że mam ochotę zawyć. Zeskakuję na drugą stronę z bluzgami na ustach i wracam pomóc towarzyszowi. Na ukośnej ściance też nie wbiegamy do łańcuchów, tylko się nawzajem podsadzamy. Przed nami jeszcze jedna górka. Na zegarku mniej niż pół godziny do limitu na Ultra, ale dla mnie to już raczej bez znaczenia.

Szybko napieramy pod górę leśną ścieżką. Na końcu podejścia wciąganie trylinek. Niektórzy są zbyt zmęczeni, by je łagodnie opuścić i zrzucają je z hukiem z samej góry, nie zważając na protesty wolontariuszki.

Wypadamy z lasu na górną część ostatniego stoku narciarskiego. Byłem tu wczoraj, robiąc zdjęcia na Rekrucie.

Zasiekami pod górę, zjeżdżalnią w dół! Szalał Rekrut [FOTO]

To już tak blisko! Kiedy wchodzę w Czarną Wdowę – pajęczynę sznurków i opon – do tego pieprzonego limitu mam pięć minut. Gdyby nie ta kontuzja, miałbym spokojny zapas...

Równe pięć godzin mija, kiedy wchodzę w zasieki. W dół na plecach idzie sprawnie. Siadam na zjeżdżalni, rozpędzam się, zamykam oczy, zatykam nos i chlup w bajoro z błotem! Chowam się razem z głową. Wychodzę, wycieram ręce w trawę i podchodzę do Komandosa – wysokiej ścianki z linami.

Liny są – jakże by inaczej – na maksa usyfione błotem. Przed ścianką tłum wykończonych ludzi z różnych fal. Wiele z nich próbuje zaatakować Komandosa z pomocą innych po kilka razy. Niektórzy skutecznie, inni trzaskają burpees. Już mi się nigdzie nie śpieszy, więc włączam się w pomoc kilku osobom. Potem włażę sam. Bez kłopotów, małpia siła w łapkach i wspinaczkowa technika zostały mi nawet po tych wszystkich przejściach. Po zejściu wracam jeszcze na drugą stronę, by komuś pomóc.

Lód w pierwszym kontenerze wydaje się nawet ciepły. Dopiero w drugim, kiedy muszę cały zanurać pod belką, na chwilę mrozi mi łeb. Skok przez ogień na chwilę rozgrzewa. Tesla już na wyjściu kopie mnie prądem w stopę. Podobno to Chuck Norris nauczył prąd kopać.

Podsadzam kogoś na przewieszoną ściankę. Sam doskakuję do krawędzi za drugim razem, wciągam się, zahaczam nogę, z drugą nogą mi ktoś pomaga od dołu. Staję oko w oko z drużyną amerykańskiego futbolu. Robię szybki koszykarski zwód w lewo i uskok w prawo. Futbolista zdąża mnie jeszcze walnąć w plecy tarczą, aż prawie wpadam na barierkę tuż przed pomiarową matą. Zegar wskazuje 5:09:50.


Polecamy również:


Podziel się:
kochambiegacnafestiwalu
kochambiegacwpolsce