Przybyła, pobiegła, zwyciężyła – Bieg i Marsz Powstańca w Dobrej [ZDJĘCIA]
Opublikowane w ndz., 28/02/2016 - 10:16
W podłódzkiej miejscowości Dobra sportowej tradycji stało się zadość po raz czwarty. Miejscowy Klub Biegowy „Powstaniec” upamiętnił 153. rocznicę bitwy, która rozegrała się tu podczas Powstania Styczniowego.
Relacja Kamila Weinberga
Trasy 4. Biegu Powstańca (10 km) oraz 3. Marszu Powstańca (nordic walking, 6 km) jak zwykle prowadziły malowniczymi terenami Parku Krajobrazowego Wzniesień Łódzkich. Wcześniej odbyły się biegi dzieci w różnych kategoriach wiekowych na dystansach 100, 400 i 800 metrów.
Choć warunki wydawały się zdecydowanie mniej błotniste od tych sprzed roku, czasy najszybszych kijkarzy – Michała Osińskiego (35:35) i Małgorzaty Janczyk (38:44) były zaledwie o sekundy szybsze, niż w poprzednim Marszu Powstańca. – Fajne, wiosenne warunki, choć wolę letni upał – powiedział zwycięzca, który na swoje trzy starty w Dobrej, wszystkie dotąd wygrał.
– Trzy i pół kilometra cisnęliśmy razem, potem „Ossa” mi uciekł i już nie mogłem go dogonić, jestem zmęczony dwutygodniowym obozem w górach – relacjonował drugi na mecie Jakub Deląg (36:06), który obiecał koledze rewanż przy najbliższej okazji. Na najniższym stopniu podium stanął Krzysztof Człapski (36:56). Zwyciężczyni NW wyprzedziła najszybszą przed rokiem Beatę Kołodziejczak (38:57) i Joannę Balcerak-Kolasę (42:07).
Niedługo po zakończeniu marszu, o 14:00 ustawioną nad stawem bramę startową przekroczyli biegacze. Po półtorakilometrowym asfaltowym początku i wybiegnięciu na polne drogi przekonaliśmy się, że błota jest rzeczywiście dużo mniej, niż przed rokiem – choć długo nic nie przebije pod tym względem pamiętnej pierwszej edycji, kiedy ogromne masy śniegu zaczęły się topić dzień przed zawodami i wyścig przypominał zapasy w kisielu.
Osobiście nie liczyłem dziś na wiele, ale w pierwszym mocniejszym starcie po grudniowym skręceniu kostki chciałem powalczyć na ile się da. Już na pierwszym długim podbiegu wyszły jednak wszystkie moje braki treningowe. Zacząłem tracić miejsca, w tym na rzecz kilkorga znajomych, z którymi toczę przyjazną rywalizację.
Odegrałem się po swojemu na zbiegu. Cięliśmy się tak przez następującą po nim długą prostą, kolejną stromą górkę i długi zbieg aż do mety. Niektóre z tych małych pojedynków udało mi się wygrać, innych nie. Na mecie sobie nawzajem podziękowaliśmy za walkę – po tym, gdy już wyplułem płuca i podniosłem się z gleby. Jak co roku w Dobrej, zafiniszowałem w trupa.
Czas 48:04, podobny jak przed rokiem, ponad 2 minuty gorszy od mojego osobistego rekordu trasy sprzed dwóch lat. Więzadła kostki jeszcze trochę czuję, ale jest coraz lepiej. Forma też wróci w swoim czasie...


