Przegonieni wąwozami, utopieni w bagnie – 4. Hunt Run [FOTO]
Opublikowane w sob., 02/07/2016 - 20:14
Hunt Run, czyli Polowanie na Biegaczy. Dwudniowa impreza biegania ekstremalnego w świętokrzyskim Bałtowie, organizowana przez kompleks turystyczny Jura Park. Zostań dzikim biegaczem! – zachęcają organizatorzy. Dziś właśnie miałem przyjemność dołączyć do grona dzikusów.
Relacjonuje Kamil Weinberg
Do biegu podszedłem zupełnie na pałę. Tydzień po chorwackiej ponad 80-kilometrowej górskiej masakrze, bez rozpracowania trasy ani przeszkód. Nie wiedziałem, czy będzie więcej zabawy typu ścianki, małpie gaje itp. czy utrudnień terenowych. Wiedziałem na pewno co innego – będzie grzało.
Dystans nominalny 10 km. Moja fala rusza w samo południe, żar się leje z nieba. Już przed startem czuję się zgrzany. Po kilkuset metrach lądujemy w rzece. Jaka przyjemna ochłoda, tylko zatopione konary walą po piszczelach. Łąka, odkryta patelnia, stodoła, hop przez bele siana, przerzucanie opon. Piękna wolontariuszka dodaje motywacji.
Pierwsze strome podejście stokiem narciarskim. Na polewanej wodą zjeżdżalni odwraca mnie głową w dół, ale udaje mi się wywalczyć powrót do naturalnej pozycji zanim mnie wywali w błoto. Czołganie w błocie pod niskimi zasiekami, usta i nos pełne wody i piachu. Spacer farmera z dwiema oponami, wyjątkowo długi i wredny, dłuższy nawet niż na Runmageddonie.
Siłowo jest bez problemów, tylko każde podejście i przeszkoda podnosi mi serce do gardła i mam ochotę wypluć płuca. Tracę dużo czasu na wyrównanie oddechu i tętna. Podejście i wejście skarpą po linach, trochę wertepów i wodopój. Ze trzy minuty łapię oddech. Duża dawka wody wewnętrznie i zewnętrznie pomaga, ale tylko na chwilę.
Trasa wpuszcza nas w wąwozy, parowy, jary – nie wiem jak to nazwać, nie jestem specem. Wyjątkowo strome i zakrzaczone. Przynajmniej las daje cień. Na podejściach zdycham, ale współtowarzysze niedoli z mojej fali są równie wykończeni. Na technicznych zbiegach za to wykorzystuję całe swoje umiejętności i pomału przesuwam się w górę stawki.
Jak to ja, w swój rytm wpadam po jakichś 40 minutach. Odkryta patelnia po równym, kilka ścianek do przeskoczenia. Skakanie z nogami w workach – w tym upale wyjątkowo wykańczająca przeszkoda, lecz za to wolontariuszka znów wyjątkowo ładna.
Bagna. Jak się już w nie wpadnie, to się prędko nie wyjdzie. Po kolana, po pas, po szyję – jak w jednej starej piosence. Czasem to tylko bagno „suche”, czyli samo błoto, w którym chcą zostać buty. Częściej rowy wśród trzcin, w których buty też chcą zostać w grząskim dnie. A do tego podstępne konary znów czyhają na nasze piszczele. Gzy mają ucztę, zwabione łatwym łupem. Brakuje tylko Jożina z Bażin.
Nie wiem ile trwa ta przeprawa, tracę rachubę czasu i odległości. Prosto z niej wyłazimy na następny odcinek specjalny po wąwozach, chyba jeszcze ciekawszy od tego przed bagnami. Doganiam coraz więcej ludzi z wcześniejszej fali i tych z mojej, którzy za szybko rozpoczęli.
Wraca siła do ostrego napierania pod górę, a na zbiegach przechodzę samego siebie. Nawet prawie pionową kilkumetrową drabinkę na skarpę w połowie obchodzę pół metra obok dużo trudniejszym wariantem, wyprzedzając korek. Zaraz potem następna skarpa, zupełnie pionowa z siatką. Wydzieram na bułach po jej oczkach. Ostatni mega stromy zbieg na pół się zsuwam, na pół zlatuję na nogach jak kamikadze.
Ta ułańska szarża kosztuje mnie jednak sporo sił. Dwóch godzin już i tak nie złamię, ale trasa wydaje mi się podejrzanie długa jak na dychę. Na końcowym płaskim odcinku stawia mnie do pionu, a na długim fragmencie brodzono-pływackim w rzece nie jestem w stanie docisnąć, tracąc dwa miejsca na rzecz chłopaka i dziewczyny z mojej fali. Na brzegu przybijamy piątkę i lecą do przodu.
Jeszcze raz do wody, tym razem jeziorko. Woda po szyję, trochę przyjemnej, odprężającej żabki, aż się nie chce wychodzić. Już tylko jakieś sto metrów po łące, dwie ścianki do przeskoczenia i metaaaaa...
Według różnych GPS-ów trasa miała od ponad 12 do ponad 13 km. 2:17:57 i 242. miejsce na 793 uczestników to chyba przyzwoicie w tydzień po piekle Velebitu...

