Pacemakerzy - królowie drugiego planu. To im zawdzięczamy, że padają rekordy świata
Opublikowane w wt., 31/03/2015 - 09:58
Zając niespodzianka
W historii lekkoatletyki zdarzały się jednak takie przypadki. Przykładowo, w zeszłym roku podczas półmaratonu w Ołomuńcu wszyscy ostrzyli sobie zęby na pojedynek dwóch mistrzów maratonu, Wilsona Kipsanga i Dennisa Kimetto. Tymczasem zupełnie niespodziewanie pierwszy na metę wbiegł nikomu nieznany zawodnik. Trudno go było nawet zidentyfikować, bo na koszulce zamiast nazwiska miał kartkę z napisem „zając”. Po chwili konsternacji okazało się, że sensacyjnym triumfatorem czeskich zawodów jest Geoffrey Ronoh, pacemaker i kolega z grupy treningowej Kipsanga.
Jeszcze ciekawiej wyglądała historia Kenijczyka Sammy’ego Korira, który w 2003 r. w berlińskim maratonie był zającem dla swojego rodaka Paula Tergata. Ten ostatni przymierzał się do poprawy rekordu świata. Już na 35. kilometrze było właściwie pewne, że jeśli nie wydarzy się jakaś tragedia Tergat zrobi fantastyczny wynik. To był moment, kiedy „zając” powinien zejść z trasy. Tymczasem ku zaskoczeniu wszystkich kibiców (a także samego Tergata) Korir biegł dalej, podkręcając szaleńcze tempo, a na ostatniej prostej wręcz zaczął się ścigać z utytułowanym kolegą. Na metę wpadł dokładnie sekundę za triumfującym rekordzistą świata, który uzyskał czas 2:04:56.
Takie sytuacje to jednak rzadkość. Najczęściej pacemakerzy dokładnie wywiązują się z przypisanej (i odpowiednio opłaconej) im z góry roli. Niemal na każdych mitingach widzimy więc sytuacje gdy prowadzący zawodnik nagle i dla wielu niespodziewanie schodzi z bieżni.
Przypadek Pauli Radcliffe
Są jednak fani lekkoatletyki, którzy twierdzą, że takie zachowanie jest sprzeczne z duchem sportu, że należy zabronić pacemekerowania. Kontrowersje budziło choćby to, że rekord świata w maratonie Paula Radcliffe pobiła korzystając ze wsparcia mężczyzny, który przez cały dystans dyktował jej tempo. Od ponad trzech lat taka pomoc jest zabroniona w kobiecym bieganiu.
– Trzeba sobie jednak uczciwie powiedzieć, nie da się odejść od zatrudniania pacemekerów. Jeśli chcemy mieć na zawodach rekordy to muszą być „zające” – mówi Bogusław Mamiński. Z naszym mistrzem zgadza się Katarzyna Broniatowska. – Gdyby nie zające na zawodach każdy by biegł tylko po to by zwyciężyć. To oznaczałoby, że przez większość dystansu nikt, by nie atakował, rywalizacja byłaby nurząca, bo ostateczna rozgrywka rozstrzygałaby się dopiero na finiszu. O wielkich wynikach moglibyśmy też zapomnieć.
Krytyczny wobec tego zjawiska jest Karol Nowakowski. – Moim zdaniem Federacja m.in. przez takie działania „zabiła” stadionową lekkoatletykę. Dla mnie taka rywalizacja traci na atrakcyjności, jest przewidywalna. Na szczęście nadal są imprezy gdzie obecność „zająca" jest niedopuszczalna. Na ulicy wzorem są maratony w Japonii czy Boston, a od niedawna w Nowym Jorku.
Amatorzy też potrzebują wsparcia
Wszystko jednak na to wskazuje, że nie da się odwrócić trendu i musimy się przyzwyczaić do tego, że na większości zawodów nieodłącznym elementem są pacemakerzy. Czy to więc oznacza, że jesteśmy skazani na wizję mitingów, gdzie z góry ustalone są zasady: kto ma prowadzić stawkę, kto finiszować, a kto zwyciężyć. Tak źle to może nie będzie, ale pewne jest, że zając stał się nieodzownym elementem krajobrazu biegowego. Dotyczy to również sportu amatorskiego i masowych biegów ulicznych.
MGEL
fot. wikimedia, archiwum

