Na bieganiu można zarobić krocie. Niestety jeszcze nie w Polsce
Opublikowane w pon., 03/11/2014 - 15:20
Samochód, a może... krowa
A jak to wygląda w Polsce? Nasz rynek imprez biegowy jeszcze raczkuje. Choć ambicję mamy duże to zawodów, gdzie płaci się naprawdę dobre pieniądze, jest bardzo mało.
Na czele rankingu jest Orlen Warsaw Marathon. Za zwycięstwo na królewskim dystansie zawodnik otrzymuje 70 tys. zł. Drugie miejsce to 35 tys., a trzecie - 25 tys. zł. Stawki są jednakowe dla panów i pań. Ponadto organizatorzy płacą za rekord Polski oraz za najlepszy wynik na polskim maratonie. W obu przypadkach to dodatkowe 10 tys. zł.
Drugą dochodową jest PZU Maraton Warszawski. W tym roku zwycięzca rywalizacji otrzymał samochód - Renault Captur Cup oraz dodatkowo 20 tys. zł. Druga nagroda wynosiła 40 tys. zł. Co ciekawe samochód był tylko jeden, a o tym czy otrzymał go mężczyzna czy kobieta, zdecydowała bezpośrednia walka na trasie (punktem wyjścia była różnica czasu między najlepszymi wynikami kobiet i mężczyzn uzyskanymi na polskiej ziemi – Victor Kipchirchir pobiegł o 18 minut i 28 sekund szybciej niż Svitlana Stanko i to on mógł się cieszyć z samochodu).
PZU Festiwal Biegowy w Krynicy może poszczycić się z kolei największą liczba nagród finansowych dla najlepszych uczestników. Np. Marcin Świerc - najlepszy zawodnik w klasyfikacji generalnej Biegu 7 Dolin wrócił do domu z czekiem na 10 tys. zł. Zwycięzca 3 biegów festiwalowych (na 15, 10 i 21,097 km) Abel Kibet Rop, zainkasował w sumie 7,5 tys. zł.
W Krynicy, ale też na Maratonie Wrocław (15 tys. zł dla zwycięzców) czy Maratonie Poznań (20 tys. zł.), było jeszcze wiele innych nagród, w tym te najcenniejsze – samochody. Ale nie trafiały one do triumfatorów któregoś z biegów. Auta zostały rozlosowane wśród wszystkich startujących. O czym to świadczy?
Musimy się z tym pogodzić, że choć organizuje się w naszym kraju coraz więcej zawodów, to nie są one skierowane do biegaczy z pierwszej ligi. Przyjeżdżają co prawda i do Polski Kenijczycy, ale to nie są topowi zawodnicy. Jaskółka w osobie brązowego medalisty MŚ z Moskwy Tadese Toli (nie znamy pełnej wysokości startowego dla zwycięzcy tegorocznego Orlen Warsaw Marathon) wiosny - chyba jednak - nie czyni.
Póki co Wilsona Kipsanga czy Dennisa Kimetto nie ściągniemy na Półmaraton Mleczny do Korycina, gdzie można wygrać krowę, czy na bieg do Giełczyna, z którego można wyjechać bogatszym… o świnię.
MGEL
fot. wikimedia, mat. pras. Orlen Warsaw Marathon

