Dla towarzystwa Cygan dał się powiesić. Nasz Zimowy Maraton Leśnik [ZDJĘCIA]
Opublikowane w pon., 21/12/2015 - 13:14
Lubię szybko zbiegać, nic na to nie poradzę. Od Skrzycznego lecimy cały czas tą samą grupką, biegnąc pod górę i w dół. Tempo jest obiecujące. Jak znam siebie, dopiero się rozkręcam. Za Malinowską Skałą, po skręcie w żółty szlak, pierwszy długi kawał stromego zbiegu. Śnieg, resztki lodu, kamienie, błoto. Jest zabawa, włączył mi się tryb ułański. Biały krajobraz tylko miga przed oczami... poślizg, lecę. Spadam na lewy bok, ale to prawa kostka jakoś dziwnie się wykręca przy lądowaniu.
Zbiegający ze mną zawodnicy na chwilę się zatrzymują. Ból jest taki, że nie mogę wstać, ale po kilkunastu sekundach jakoś mi się udaje. Ostrożnie robię parę kroków. Jestem w stanie pomału truchtać, podpierając się kijkami. Rzut oka na mapę – do Ostrego mam jakieś 6 km.
W taki sposób wolno przemieszczam się w dół. Śnieg się kończy, zaczyna się błoto i korzenie. Wśród dziesiątek wyprzedzających mnie zawodników jest pierwszy z moich łemkowskich Maćków. Mówię mu, że doczłapię jakoś do punktu, a dalej zobaczymy. Jeśli w ogóle miałbym ukończyć, to tylko na limit.
Docieram do asfaltu, ale dla mojej kostki wcale nie robi się łatwiej. Dogania mnie drugi Maciek, poprzedzany przez swojego debiutującego w górskim biegu syna Kubę. Niezły debiut Młody zaliczy... Uprzedzając fakty, później się znowu zejdą i bieg ukończą razem.
Chwilę potem dochodzi mnie Adam. Oszczędza się, miesiąc temu na Czantorii nieźle zmasakrował stopy. Ten to się nabiegał w tym roku, wcześniej zrobił Bieg 7 Szczytów, BUT260, dużą Łemkowynę...
Kiedy na chwilę przechodzę w marsz, później trudno znów ruszyć biegiem. Chyba nic z tego. Zdaję sobie sprawę, że będzie jeszcze dużo technicznych podejść i zbiegów po błocie i śniegu. W głowie biję się z myślami. Niby to nie miał być priorytetowy start, tylko takie towarzyskie zakończenie roku, ale mój wewnętrzny napieracz nie chce tak łatwo odpuścić.
Na bufet wchodzę już całkiem kulawym krokiem. Na stoperze dwie godziny i dwadzieścia kilka minut. Normalnie pewnie zrobiłbym ten odcinek poniżej dwóch. Po zatrzymaniu się na chwilę, nie jestem w stanie normalnie iść, a co dopiero mówić o bieganiu. Decyzja może być tylko jedna.
Obsada punktu jest gwiazdorska. Napoje serwuje bohater Głównego Szlaku Beskidzkiego Kamil Klich, a zdjęcia robi towarzysz jego wielkiego wyczynu – Rafał Bielawa. Uznaję, że pomoc medyczna nie jest mi potrzebna. Za jakieś dwie godziny ma przejeżdżać organizator Michał, to mnie zgarnie do Szczyrku.
Żeby nie zmarznąć, robię sobie trening podciągania na belce drewnianej wiaty. W przerwach między seriami fotografuję biegaczy pokonujących potok w bród. Najpierw tych, co byli za mną, a po jakimś czasie czołówkę wracającą już ze środkowego etapu trasy, z Kamilem Leśniakiem na czele.
Niektórzy przelatują rzeczkę na dzika, szeroko rozpryskując wodę. W końcu buty i tak mokre od śniegu i błota, więc co za różnica. Inni próbują patentu z foliowymi workami. Z bardzo różnym skutkiem. Czasem je gubią po drodze na środku potoku. Jeden zawodnik tuż po moim odjeździe podobno malowniczo się wyglebił i wykąpał się całościowo...
Wcześniej niż myślałem, zabiera mnie samochodem Andrzej z Żywca, kibicujący swojemu bratu, który później zajął drugie miejsce. Dojeżdżamy do Szczyrku ze sporym zapasem, by zdążyć na dotarcie najszybszych zawodników na metę.


