| Festiwal Biegów

W stolicy ruszył Etapowy Maraton Pokoju [ZDJĘCIA]


Opublikowane w czw., 11/04/2019 - 09:41

Ponad setka biegaczy zebrała się pod Centrum Olimpijskim w Warszawie na inauguracyjnym biegu Etapowego Maratonu

Polecamy również:


Podziel się:

Psy trzy – luźne spostrzeżenia


Opublikowane w czw., 11/04/2019 - 09:33

Niedawno cała Polska, nie tylko biegowa, usłyszała o przypadku dotkliwego pogryzienia biegacza przez trzy psy w łódzkim Arturówku w Lesie Łagiewnickim.

Łódź: Biegacz dotkliwie pogryziony przez psy

Wiele już na ten temat napisano. W dyskusjach o tym incydencie wyrażono wiele opinii. Niektóre były wyważone, inne skrajne – pochodzące zarówno od zwolenników radykalnego rozwiązania problemu wałęsających się psów, jak i miłośników czworonogów.

Nie byłem naocznym świadkiem tego konkretnego przypadku, więc nie będę się na jego temat konkretnie wypowiadał. Sytuacja ta jednak zainspirowała mnie do spisania zbioru luźnych przemyśleń na temat spotkań z nieprzewidywalnymi, czy też potencjalnie agresywnymi psami. Nie jest to w żadnym razie poradnik – pewnie każdy ma inne doświadczenia z psami i nie każdy będzie umiał się w ten sposób zachować. Wynika to z wielu osobistych uwarunkowań, nad którymi czasem trudno jest zapanować. Fachowcy pewnie wytkną mi błędy – ale o tym później.

To, co napiszę dalej, dla wielu będzie kontrowersyjne. Według mnie zdecydowana większość przypadków pogryzień ludzi przez psy byłaby do uniknięcia, gdyby ludzie umieli się w takiej sytuacji odpowiednio zachować. Nie znaczy to, że wina leży po stronie pokrzywdzonego. Człowiek nie ma obowiązku posiadać umiejętności „dogadywania się” z psami. Winni są zwykle właściciele zwierzaków, którzy ich nie dopilnowali, lub też ci, którzy je skrzywdzili swoim traktowaniem na jakimś etapie życia. Pewne umiejętności mogą być jednak przydatne. Tak samo, jak np. znajomość pływania może uchronić przed utopieniem się.

Co zrobić w przypadku spotkania psa, czy też psów wyglądających na agresywne, lub też według naszej oceny mogące nam zagrozić? Najgorsze, co można zrobić, to uciekać. Psy to wciąż drapieżniki. Dla nich wszystko, co ucieka, to zwierzyna łowna. A przy tym nie są już wilkami, z natury ostrożnymi przed ludźmi, lecz są z nami oswojone. Kiedy uciekamy, mamy jak w banku, że taki burek capnie nas za łydkę. Dla niego może to być „prawdziwe” polowanie lub zabawa, ale skutek może być podobny.

Powtarzam – nie wiem, jak zachował się biegacz poszkodowany w łódzkim incydencie. Wiemy, że miał do czynienia z trzema psami. A to już wataha, w której włącza się instynkt stadny. W takiej sytuacji, jeśli psy wykazują agresję, z mojego doświadczenia swoją reakcję trzeba przesunąć w skali od „pokojowej” w kierunku „asertywno-obronnej”. Nie mówię, że „agresywnej”. Ale o tym za chwilę.

Pies wyglądający w naszym pojęciu na agresywnego rzadko jest nastawiony w stu procentach na siłową konfrontację. Chyba, że jest totalnym psychopatą. Tacy też się zdarzają, ale z mojego doświadczenia znacznie rzadziej, niż wśród ludzi. O tym będzie dalej w fachowym komentarzu, o który poprosiłem znajomą, która na co dzień pracuje z psami.

Z potencjalnie agresywnymi psami metodą prób i błędów wypracowałem sobie, żeby dawać sygnały w następującej kolejności: jestem twoim przyjacielem – nie mam złych zamiarów – chcę spokojnie odejść – ale lepiej dla ciebie, żebyś mnie nie atakował. Na bieżąco w zależności od sytuacji, z większym naciskiem na niektóre sygnały, i uważając żeby nie były one sprzeczne. Zwykle mamy na to sekundy, a czasem ułamki sekund. Robię to intuicyjnie, ale na potrzeby tego artykułu trochę to usystematyzowałem.

Jeszcze raz podkreślę – z POTENCJALNIE agresywnymi psami. Pies jest bardzo rzadko nastawiony z góry na konfrontację. Zwykle najpierw ocenia sytuację. Dokładnie tak, jak my.


Polecamy również:


Podziel się:

"Kolega wyrwał i... dobrze zrobił". Ruszyło Grand Prix Żoliborza [ZDJĘCIA]


Opublikowane w śr., 10/04/2019 - 22:26

Nie każdy stołeczny cykl musi wygrać w tym roku Artur Jabłoński, co pokazała już premierowa runda Grand Prix Żo

Polecamy również:


Podziel się:

"Nie wiem, z czego cieszyć się najbardziej". Debiutantka w maratonie mistrzynią Polski


Opublikowane w śr., 10/04/2019 - 20:02

Lepszego debiutu w maratonie nie mogła sobie wymarzyć! Aleksandra Brzezińska, reprezentująca MKL Toruń, jest od niedzieli mistrzynią Polski w maratonie. W pierwszym starcie na królewskim dystansie, niespełna 28-letnia żona naszego czołowego maratończyka Błażeja Brzezińskiego wygrała 46 Maraton Dębno w czasie 2:34:51.

46 Maraton Dębno: popis debiutantek w mistrzostwach Polski. Ozłocona Aleksandra Brzezińska!

– Debiut rzeczywiście wymarzony, zgarnęłam chyba wszystko, co się dało! Jak przekroczyłam linię mety to cieszyłam się przede wszystkim z tego, że po prostu ukończyłam ten maraton. Dopiero później przyszła radość ze zwycięstwa, pierwszego w karierze złotego medalu MP i wyniku.

Jak już przekroczyłam 30 kilometr trasy ogromnie się cieszyłam, że mogę biec więcej i więcej. Myślałam: „Boże, już 38 kilometr, jeszcze nigdy tak dużo nie przebiegłam, a ja się ciągle dobrze czuję”. Uspokajałam wtedy swój entuzjazm, że jeszcze 4 kilometry do końca, że to maraton i wszystko może się zdarzyć, ale ta euforia ciągle wracała (śmiech). Ja jestem zapatrzona w Błażeja, jego maratońskie przygotowania i starty, tego jak stawia sobie cel i go realizuje, bardzo podoba mi się cała otoczka i zawsze też chciałam to przebiec, maraton był moim marzeniem! W tym roku wreszcie mogłam to wszystko przeżyć sama! To była ciężka praca, ale im trudniej coś przychodzi, tym większa jest później radość. I ja ją właśnie teraz przeżywam!

– A liczyłaś na zwycięstwo w Dębnie? W którym momencie biegu zaczęłaś o tym myśleć?

– Dość trudno jest mi odpowiedzieć na to pytanie, bo… biegnąc maraton byłam jak w transie, ogromnie skupiona na sobie. Wiele osób, nawet moja mama, która też była w Dębnie, mówiło później, że nigdy nie widziało mnie tak skoncentrowanej jak w niedzielę  na trasie. Niby się do nich uśmiechałam, ale byłam w swoim świecie. Przez cały maraton kontrolowałam sytuację, ale byłam poza wszystkim wokół mnie, poza emocjami, niesamowicie spokojna i wyluzowana obserwowałam, co się wydarzy. Czułam się doskonale,  nie miałam na trasie żadnego kryzysu i biegłam swoje. Wiedziałam tylko, że muszę uważać na pogodę i wysoką temperaturę. To był jeden z pierwszych tak ciepłych dni w tym roku i widziałam, jak dziewczyny słabną, odpadają. Ale ja nie zwracałam na to uwagi. Nie wywierałam też na sobie presji, że muszę wygrać. Po prostu biegłam swoje (śmiech). A gdy jeszcze po 25 kilometrze rywalki zaczęły odpadać, Kenijki tak samo i zostałam sama, jeszcze bardziej mnie to napędzało. Ale spokój był cały czas.

Skupiałam się na swoim samopoczuciu i czasie. Z renerem Ryszardem Marczakiem zakładaliśmy, że powinnam powalczyć o wynik 2:32. Bardzo ambitnie i dużo ludzi się z tego śmiało, ale uważam, że byłam w stanie tyle pobiec! Tak wychodziło z treningów, a poza tym bardzo dobrze zniosłam BPS (bezpośrednie przygotowanie startowe, ostatnie tygodnie treningu przed startem - red.). Trener bardzo zwracał na to uwagę powtarzając mi: „Trening treningiem, ale najważniejsze jest samopoczucie”. A ono było znakomite! W dniu startu jednak troszkę skorygowaliśmy plany ze względu na pogodę. Gdyby to ciepło przyszło wcześniej i przyzwyczaiłabym się do niego na treningach, byłoby ok. Ale treningi robiłam w temperaturze do 10 stopni, podczas gdy w dniu maratonu było 20 stopni. Trzeba było to wziąć pod uwagę.

– I naprawdę nie miałaś żadnego kryzysu, żadnej mitycznej maratońskiej „ściany”?

– Żadnej! Drugą połowę maratonu przebiegłam nawet 15 sekund szybciej niż pierwszą, a kiedy, według wszystkich przepowiedni, powinnam mieć kryzys, wtedy właśnie biegło mi się najlepiej! To też pokazuje, że jestem gotowa na jeszcze lepszy wynik.

– Spełniłaś zatem życzenie męża, na którym się wzorujesz. Błażej cały czas powtarzał: „Chciałbym, żeby Ola miała po debiucie niedosyt i od razu chciała biec następny maraton, a nie, żeby się „wystrzelała” do zera i zraziła do tego dystansu”.

– Miałam od niego mnóstwo rad podanych na tacy. Błażej już tyle lat biega maraton, tyle miał sukcesów i tyle popełnił błędów, z których wyciągał wnioski, że było to nieocenione. Dzięki niemu – wielu ludzi mi to mówiło – pobiegłam ten maraton jakbym robiła to od lat, jak maratoński zawodowiec. Ale to całkowicie zasługa męża, bo gdybym od razu „leciała” na te 2:32, na które się czułam, to mogłoby się skończyć niedobrze.

A tak, wyszło dokładnie jak chciał Błażej: czułam się świetnie i mam po biegu niedosyt. I teraz - co bardzo ważne - nie będę się już bała maratonu, ze spokojem podejdę do następnych trudnych przygotowań i walki o miano „maratonki”. Bo na razie, choć mam za sobą rewelacyjny debiut, jeszcze nie mogę się nią nazwać. Przyjdzie na to czas w przyszłości, gdy już naprawdę, tak jak Błażej, będę wiedziała, z czym „się je” ten dystans, umiała podejmować samodzielne decyzje w przygotowaniach i potem na trasie. Na razie jeszcze sama nie wiem, kiedy się nazwę „maratonką”(śmiech).

Błażej Brzeziński: "Oddaję żonę w dobre ręce. Teraz skupiam się na sobie"

– Twój wynik 2:34:51 to czas o prawie 5 i pół minuty gorszy od międzynarodowego minimum IAAF na przyszłoroczne igrzyska olimpijskie. Zapaliła Ci się w głowie lampka, pomyślałaś o tym, żeby jesienią powalczyć o Tokio?

– Na pewno, jeśli tylko zdrowie pozwoli, jesienią pobiegnę drugi maraton, na razie jeszcze nie wiem gdzie i kiedy. Chęci mam ogromne. Ale nie chcę na sobie wywierać żadnej presji, spinać się, że muszę zrobić minimum olimpijskie. Spokojnie, jestem jeszcze początkująca w maratonie. Wolę iść małymi kroczkami, jeść małymi łyżkami, żeby się nie zachłysnąć. Bardzo bym, oczywiście, chciała zdobyć kwalifikację na igrzyska i pobiec poniżej 2:29:30, bo to piękny wynik, ale bez ciśnienia. Nie muszą to być koniecznie najbliższe igrzyska i Tokio.

Najważniejsze dla mnie to iść do przodu i robić postępy. Pracować, robić swoje, a wysokie cele przyjdą same. Jestem na początku mojej maratońskiej drogi, mam nadzieję, że jeszcze wiele pięknych chwil mnie na niej czeka. Staram się być spokojna, słuchać ludzi mądrych i doświadczonych, jak Błażej, trener Ryszard Marczak i Grażyna Syrek (olimpijka z Aten 2004 z rekordem życiowym w maratonie 2:26:22 - red.), z którą uwielbiam rozmawiać, jest dla mnie bardzo inspirująca. Oni mi mówią: „Ola, spokojnie, pracuj sumiennie, a wszystko przyjdzie w odpowiednim czasie”. To wielkie szczęście mieć obok siebie ludzi, którzy szczerze służą mi dobrą radą. Nie potrzebuję uczyć się na własnych błędach, jak musiał robić to w przeszłości Błażej.


Polecamy również:


Podziel się:

Biegaj i… składaj. Pierwsze takie medale Triady „Zabiegaj o Pamięć”


Opublikowane w śr., 10/04/2019 - 15:56

Pierwszy raz w historii uczestnicy całej Warszawskiej Triady Biegowej "Zabiegaj o Pamięć" będą mogli połączyć z

Polecamy również:


Podziel się:

Biathlon Letni O Puchar Dowódcy Wojsk Obrony Terytorialnej


Informacje:

Sezon: 2018-2019

Węgorzyńska Ultramaratońska Doba / NW


Informacje:

Sezon: 2018-2019

Kasztelańska Piątka


Informacje:

Sezon: 2018-2019

Strony

kochambiegacnafestiwalu
kochambiegacwpolsce