"Trenowałem do tego wyzwania 20 lat". Scott Jurek mówi o swojej książce "Północ. Jak odnalazłem siebie na Szlaku Appalachów"
Opublikowane w pt., 29/03/2019 - 18:39
3523 kilometry morderczej, górskiej trasy przez Appalachy w Stanach Zjednoczonych. Codziennie po 80 kilometrów, przez 46 i pół dnia, czyli prawie 7 tygodni. "Północ. Jak odnalazłem siebie na Szlaku Appalachów" to nowa opowieść Scotta Jurka, opublikowana w Polsce przez Wydawnictwo Galaktyka.
Scott Jurek, 45-letni amerykański ultras, triumfator wielu prestiżowych biegów, m. in. Hardrock 100, 2 razy Badwater Ultramarathonu 135, 3 razy Spartathlonu i aż 8-krotnie (7 razy z rzędu) Western States 100 Mile, gościł ostatnio w Warszawie na zaproszenie polskiego wydawcy. Biegał z naszymi biegaczami, a potem opowiedział o nowej książce, swoich przeżyciach w Appalachach i doświadczeniach, które wyniósł z ekstremalnej wyprawy.
Oto, co Scott Jurek mówił w Warszawie...

Scott Jurek: – Jestem w Polsce po raz drugi, poprzednio, 6 i pół roku temu (w październiku 2012 r. – red.) byłem z moja żoną. Bardzo jej się u Was podobało, ale teraz przyleciałem sam, bo Jenny musiała zostać z dziećmi. Jej głos jest jednak bardzo ważny w mojej opowieści, bo bez niej historia, którą opisałem w „Północy” nie byłaby pełna, opowieść nie byłaby tak głęboka, więc jej obecność w książce jest niezwykle ważna.
Pytacie, jak udało mi się pokonać Szlak Appalachów mając już na początku mojej drogi kontuzję kolana i naderwany mięsień, jak można ten mięsień zregenerować nie odpoczywając, tylko biegnąc dzień po dniu. To bardzo dobre pytanie. Ja zdawałem sobie sprawę, że mogę nie zdołać wyleczyć tak poważnego urazu już na samym początku. Książka zaczyna się od tego, że po tygodniu wyprawy siedzę sobie i myślę: „To się nie uda, zaraz wszystko się skończy”. Ale przez ponad 20 lat biegania ultramaratonów nauczyłem się, że ludzkie ciało ma niezwykłą, niesamowitą wręcz zdolność znajdowania w sobie siły, nieograniczonych pokładów energii i motywacji, z których wcześniej nawet sobie nie zdawaliśmy sprawy. To właśnie udawało mi się znaleźć po drodze i dzięki temu byłem w stanie pociągnąć to dalej.

Żeby kontuzja się nie pogłębiała, żeby miała szansę się chociaż zaleczyć, trzeba znaleźć równowagę między obciążaniem chorej partii ciała i oszczędzaniem jej, dawaniem jej odpocząć. Przez 2 dni po tym, jak doznałem kontuzji, w ogóle nie biegłem ani nie truchtałem, a wyłącznie szedłem, żeby pozwolić organizmowi na regenerację. W kolejnych dniach szukałem tej równowagi, zastanawiałem się, gdzie jest granica, do której mogę obciążać nogę, a powyżej której muszę dawać jej odpocząć. To mnie właśnie chyba najbardziej zaskoczyło podczas wyprawy, że ludzkie ciało ma tak niesamowitą zdolność regeneracji, nawet poddawane dalszym obciążeniom może się odbudowywać. Tak więc, jednym słowem: cierpliwość. Tymczasem, wielu sportowców, nawet tych specjalizujących się w dyscyplinach wytrzymałościowych, nie mają cierpliwości i cały czas chcą przesuwać swoje granice, sprawdzać jak daleko mogą się posunąć, jak wiele mogą zrobić. Im wszystkim radziłbym odnaleźć w sobie cierpliwość, będą mogli wtedy osiągnąć więcej.

Moja żona narzeka w książce, że ja się w ogóle nie przygotowywałem do podjęcia mojego wyzwania. Mówi: „Byłam zła, że on tylko udawał, że się przygotowuje”. Jenny uważała, że powinienem być w tych przygotowaniach o poziom wyżej, niż to czyniłem. Więc ja… chcę wam powiedzieć, że mój trening do podjęcia wyzwania przebiegnięcia Szlaku Appalachów trwał 20 lat, bo przez 20 lat biegałem ultramaratony! To jest chyba wystarczająco długie i intensywne przygotowanie, nie sądzicie? Uważam, że trenowanie jeszcze cięższe, mocniejsze przed podjęciem próby nic by tu nie dało. A tak naprawdę samo pokonywanie trasy przez Appalachy, tych ponad 3500 km było samo w sobie także ogromnym treningiem. Zacząłem moje wyzwanie ważąc o 5 kg za dużo, specjalnie w tym celu przybrałem na wadze, bo wiedziałem, że zrzucę to swobodnie (a nawet więcej) podczas wyprawy. Zachowałem się trochę jak wielbłąd, który na pustyni zużywa zapas wody z garbów. Te kilogramy były moją rezerwą na początek. Ale jak miałbym więcej, jeszcze ciężej trenować, skoro i tak przecież biegałem 450 km tygodniowo, jak miałbym jeszcze mocniej się przygotowywać? To nierealne, trzeba było to po prostu robić w trakcie biegu przez Appalachy!
Myślę, że wiele osób, które są dziś na sali, dobrze rozumie co mam na myśli. Na pewno niejeden raz mieliście poczucie, że nie do końca, nie na pełne sto procent przygotowaliście się do jakiegoś wyzwania w swoim życiu, czy to zawodowego, czy sportowego, czy zupełnie prywatnego. I wtedy okazuje się, jak ogromnie ważne jest także zwykłe ludzkie doświadczenie. Niejednokrotnie przekonałem się, że fantastycznymi ultramaratończykami są ludzie, którzy pracowali czy służyli w wojsku. Tak samo kobiety-matki, które musiały przejść przez poród, a potem wychować dziecko. To szalenie trudne, obciążające zadanie i daje niezwykłą wytrzymałość fizyczną i mentalną, nie ma dla takiej osoby przedsięwzięć, z którymi się nie zmierzy. W podejmowaniu ultra wyzwania liczy się więc nie tylko sam trening, ogromne znaczenie ma też życiowe doświadczenie.

Mam zatem radę dla wszystkich: nie czekajcie w podejmowaniu wyzwań na idealny moment w sportowej formie, na perfekcyjny trening, który Was zaprowadzi do największego osiągnięcia w życiu. To się może nigdy nie wydarzyć. Nie warto potem myśleć: „nie zrobiłem czegoś w życiu, bo nie byłem do tego w stu procentach przygotowany, nie wykonałem maksymalnego, idealnego treningu”. Stawiajcie sobie wyzwania i podejmujcie je!
Ale też proszę Was: nie mówcie swojemu trenerowi, że Scott polecał Wam takie podejście i kazał przestać trenować! (śmiech)

