Piotr Łobodziński: W bieganiu po schodach zdobyłem wszystko

 

Piotr Łobodziński: W bieganiu po schodach zdobyłem wszystko


Opublikowane w śr., 01/04/2015 - 14:06

W wyścigu finałowym miały miejsce spore roszady w klasyfikacji. Spore spadki zaliczyli m.in. Kolumbijczyk, Frank Carreno oraz Czeszka, Lenka Svabikova. Jak myślicie, co było tego przyczyną? Zmęczenie po pierwszym dniu rywalizacji czy może wyścig ze startu wspólnego rządzi się własnymi prawami i niektórzy nie wytrzymują tej presji?

D.W.-U.: Start masowy w biegach po schodach to duży stres. Trzeba skupić się nie tylko na morderczym wysiłku fizycznym, ale również na tym, żeby dobrze ustawić się na klatce schodowej, ponieważ wyprzedzanie jest trudne i kosztuje wiele wysiłku. Bieg mężczyzn był bardzo agresywny, Kolumbijczyk pociągał rywali za ręce, nie przestrzegał zasad fair play. W biegu kobiet również miały miejsce przepychanki, ale zdecydowanie bardziej delikatne. Może się zdarzyć, że ktoś nie wytrzymuje tej presji.

P.Ł.: Masówka jest zawsze nieprzewidywalna i bardziej stresująca. Startując w finale z pole position  obawiałem się, aby nie stracić pierwszej pozycji na dobiegu do budynku. Pomimo pokazu siły w piątkowych eliminacjach, nie mogłem być pewny zwycięstwa. W wyścigu ze startu wspólnego są przepychanki, „łokciowanie”, strata sił na wyprzedzanie. Dla mnie bieg ułożył się o tyle komfortowo, że biegłem sam od startu do mety, a za moimi plecami toczyła się prawdziwa walka o dobrą pozycję na schodach. Dlaczego Frank spadł aż o cztery pozycje, ciężko powiedzieć. Może rzeczywiście nie wytrzymał presji lub czuł w nogach piątkowe biegi. Jego pozycja utwierdza jedynie czołowych zawodników Pucharu Świata w przekonaniu, że finały Towerrunning World Cup w Bogocie w latach 2010-2013, nie były dobrym pomysłem. Traciłem tam do Carreno po 40-50 sekund. Widać więc, że Kolumbijczycy nie są wcale tacy mocni, a przewagę  daje im rozgrywanie biegu na wysokości 2600m nad poziomem morza.

Za nami dość intensywny okres w kalendarzu towerrunningowym. Sezon ledwo się rozpoczął, a najważniejsze tytuły w zasadzie rozdane. Jakie macie plany na najbliższe tygodnie i cele na resztę roku?

D.W.-U.: Zdecydowałam, że za miesiąc startuję na schodach w Taipei. Później wezmę udział w biegu na Sky Tower we Wrocławiu. Chcę w tym roku powalczyć w Towerrunning World Cup.

P.Ł.: W najbliższych tygodniach przerzucam się na ulicę. Plan mam ambitny - zaatakować 30 minut na dystansie 10 km. W międzyczasie będą oczywiście też schody: Tallin, Taipei, Wrocław, a w czerwcu Towerrunning Grand Prix of Europe, rozgrywane przez trzy dni w Wiedniu, Brnie i Bratysławie.

Wróćmy jeszcze do MŚ w Doha. Ich organizatorem była potężna organizacja, Aspire Zone Foundation. Coś Was zaskoczyło na miejscu? Jak przyjęli Was szejkowie?

D.W.-U.: Ja byłam zaskoczona wszystkim: kulturą, ludźmi, otoczeniem, poziomem życia, nawet pokojem hotelowym, w którym mogłam zmieniać kolor ścian, a wszystko sterowane było przez tablet. Katar to kraj o zdecydowanie odmiennej kulturze, bardzo interesujący. Byliśmy przyjęci na najwyższym poziomie. Mała wpadka przydarzyła się z pomiarem czasu w eliminacjach.

P.Ł.: Miałem już przyjemność być goszczonym przez Aspire w zeszłym roku. Wiedziałem więc, że na zakwaterowanie i wyżywienie w pięciogwiazdkowym hotelu nie będziemy mogli narzekać. Generalnie, organizacja była na najwyższym poziomie. Jedyna wpadka to rzeczywiście ten pomiar czasu w eliminacjach.

Na jaki budynek na świecie, bądź też u nas w kraju, chcielibyście wbiec, a nie mieliście jeszcze okazji?

D.W.-U.: W Polsce chciałabym wbiec na Pałac Kultury i Nauki w Warszawie, natomiast na świecie na Empire State Building w Nowym Jorku i Burj Khalifa w Dubaju. Fajnie byłoby też wbiec na Wieżę Eiffla – w tym roku niestety mi się nie udało.

P.Ł.: Burj Khalifa w Dubaju, czyli najwyższy wieżowiec na świecie. To chyba marzenie każdego towerrunnera!

W takim razie życzymy realizacji tych marzeń i sukcesów w kolejnych startach!

Materiał prasowy: Sport Evolution

Polecamy również:


Podziel się:
kochambiegacnafestiwalu
kochambiegacwpolsce