Piotr Łobodziński: W bieganiu po schodach zdobyłem wszystko
Opublikowane w śr., 01/04/2015 - 14:06
Pierwsze w historii Mistrzostwa Świata w bieganiu po schodach przeszły do historii. Zawody rozegrane w katarskiej Dausze zgromadziły na starcie najlepszych towerrunnerów, a także m.in. biegaczy górskich z całego świata. Olbrzymi sukces odnieśli polscy reprezentanci, którzy wracają z dwoma medalami – złotym Piotra Łobodzińskiego i brązowym Dominiki Wiśniewskiej-Ulfik.
Emocje już opadły?
Dominika Wiśniewska-Ulfik: Emocje nadal mi towarzyszą, dostaję jeszcze bardzo miłe smsy i telefony z gratulacjami. Takie sukcesy dają dużego kopa na kolejne mocne treningi i starty. Czuję się zmotywowana do dalszej części sezonu.
Piotr Łobodziński: Powoli opadają, ale ciągle dostaję maile i telefony z gratulacjami. Bez dwóch zdań, to mistrzostwo świata jest największym sukcesem w mojej dotychczasowej karierze sportowej. Jechałem do Kataru w roli jednego z kandydatów do zwycięstwa. Postawiłem sobie za cel zdobycie złota i sam na sobie wywierałem taką presję, bo wiedziałem, że jestem w tym momencie bardzo mocny. Gdyby jakoś pechowo nie udało się wygrać, byłbym naprawdę niepocieszony. Wszystko ułożyło się jednak zgodnie z planem i moje przeczucia, że jestem obecnie najlepszy na świecie w tym sporcie, udało się potwierdzić złotym medalem. Przez 4 lata zdobyłem w bieganiu po schodach wszystko, co było do zdobycia: mistrzostwo świata, Europy i dwa Puchary Świata. Może czas już kończyć? (śmiech)
Z tym kończeniem może jednak nie ma się co śpieszyć. Piotrek, można Cię w ogóle teraz pokonać? Trzy biegi w ramach Towerrunning World Championships i trzy razy byłeś najszybszy. Wcześniej zwycięstwa w biegach na Rondo 1 i Wieżę Eiffla. Czujesz oddech przeciwników na plecach?
P.Ł.: Rzeczywiście, bardzo udany początek roku w moim wykonaniu. Pokazałem tymi startami, że wyrastam zdecydowanie na numer jeden w tym sezonie. Oczywiście nie jest tak, że nikogo nie muszę się obawiać. To jest sport i będąc nawet najlepszym, można zaliczyć porażkę. Zawsze czuję respekt przed zawodnikami z Australii, szczególnie Markiem Bournem. W Dausze udało mi się wygrać z nim po raz pierwszy w życiu. Można powiedzieć, że od razu trzykrotnie w ciągu dwóch dni. W ten weekend byłem nie do pokonania, ale za miesiąc czy dwa, na kolejnych zawodach, każdy będzie starał się mnie dopaść, zgodnie z zasadą „bij mistrza”.
Dominika, do finałowego biegu w Katarze ruszałaś z czwartej pozycji. Wiadomo było, że złoto i srebro są raczej poza zasięgiem, ale brąz wydawał się realny. O czym myślałaś na linii startu?
D.W.-U.: W eliminacjach Zuzanna Krchova była bardzo mocna i zajmowała trzecią pozycję przed finałem. Pogodziłam się już trochę z 4. miejscem, ponieważ bardzo źle znosiłam wysoką temperaturę. Miałam poważne problemy z oddychaniem, niestety klatka schodowa nie była klimatyzowana. W pierwszym biegu czułam się fatalnie, po 6-tym piętrze miałam już dość. Na szczęście, w dniu finału poczułam się sobą i po kilku piętrach, kiedy znalazłam się na trzeciej pozycji, wiedziałam, że będę w stanie powalczyć, nawet jeśli ktoś mnie będzie doganiał.

