Jacek Żebracki o wbieganiu na Mont Blanc. "Wymaga zgrania wielu czynników"

 

Jacek Żebracki o wbieganiu na Mont Blanc. "Wymaga zgrania wielu czynników"


Opublikowane w czw., 06/08/2015 - 08:35

Jacek Żyłka Żebracki jest ratownikiem podhalańskiej grupy GOPR, który ma interesującą pasję. Lubi wbiec tam gdzie inni z trudem wchodzą. Ostatnio pobił rekord trasy na Mont Blanc oraz przejścia Wielkiej Czwórki w Tatrach. W rozmowie z naszym portalem przyznaje, że jest to jego styl życia.

Kim pan jest? Biegaczem? Skialpinistą? Kajakarzem? GOPR-owcem? Poszukiwaczem adrenaliny? Jak by się pan scharakteryzował?

Trudne pytanie. Nie uważam się jakoś szczególnie za biegacza górskiego. Raczej to co robię, robię pod kątem sezonu zimowego. Nie mam zresztą za dużo czasu w okresie letnim, żeby tym bieganiem się mocniej zająć. Mam wtedy sporo pracy z kajakarzami górskimi, bo pracuję jako trener w klubie Pieniny Szczawnica. Latem nie poświęcam się wyłącznie bieganiu. Nie nastawiam się jakoś szczególnie na biegi górskie. Interesują mnie raczej ciekawe przejścia w górach.

Ale tam gdzie tempo jest potrzebne potrafi i lubi pan zamachać nogą...

No potrafię. Te dwa moje ostatnie przejścia, czyli wbiegnięcie na Mont Blanc i po czterech szczytach w Tatrach, były raczej pod kątem pokonania dużego przewyższenia i trudności technicznych - na Mont Blanc było prawie 4 tysiące metrów, a w Tatrach prawie 3,5 tysiące metrów przewyższenia. Nie było tam szczególnie dużo odcinków biegowych, no chyba, że zbieg z Mont Blanc, to tam można było poszaleć. A czy jestem poszukiwaczem adrenaliny? Raczej nie. Nie nastawiam się na szukanie zagrożenia.

Po prostu jest pan miłośnikiem gór, aktywności fizycznej i satysfakcję sprawia panu danie sobie w kość na wysokości.

Chyba rzeczywiście w tych kategoriach mogę to rozpatrywać.

Czym zatem jest dla pana bieganie? Miłym dodatkiem treningowym, czy darzy pan tę arcyprzyjemną czynność jakimś głębszym uczuciem?

Lubię się zmęczyć, a szczególnie lubię się zmęczyć w górach. Przemieszczając się biegiem w górach można więcej zobaczyć, mocniej i pełniej odczuć ich piękno. Nabiera się innej perspektywy. Myślę, że jest to dla mnie styl życia. Jak tylko mogę to biegam w górach.

Skąd się powziął u pana pomysł, żeby wbiec na Mont Blanc? To - jakby nie było - ekstremalne przedsięwzięcie...

Namówił mnie do tego mój kolega Tomek. Poza tym ktoś to już wcześniej zrobił, ustanowił rekord. Ja chciałem się odnieść do tego czasu, pobiec tą samą trasą, sprawdzić czy dam radę. Okazało się jednak, że ta trasa z Chamonix - najkrótsza na Mont Blanc - jest nie do przejścia. Kilka tygodni upału roztopiło lodowiec i pootwierały się szczeliny.

Przygotowując się do biegu otrzymaliśmy informację z biura przewodników, że droga przez Lodowiec Bossons jest otwarta. Sprawdzając tę trasę, cztery dni przed tym moim biegiem, w niedzielę 11 lipca, okazało się, że żaden wariant nie jest do przejścia. To nas mocno zatrzymało. Podczas rekonesansu szczególnie dużo czasu i sił straciliśmy na zejściu. Nie mogłem się przez to dobrze zregenerować, zbliżała się pora wyjazdu.

Ale podjął się pan wyzwania...

Postanowiłem wybrać inną drogą, najbardziej popularną i bezpieczną na Mont Blanc, z miejscowości Le Houches oddalonej 10 kilometrów od Chamonix. Wystartowałem z centrum, spod kościoła. Wynik nie jest jednak porównywalny do rekordu z Chamonix, bo są inne trudności, chociaż pod względem długości trasy może być bardzo podobnie.

Wziął pan Mont Blanc trochę z marszu, po szkoleniu dla ratowników...

Tak. Mieliśmy szkolenie, w którym były takie elementy jak poruszania się po lodowcu, ratownictwo, wspinaczka. Dzięki temu byłem dobrze zaaklimatyzowany.

A czy przygotowywał się pan jakoś specjalnie do tego konkretnego biegu?

Jeżeli chodzi o kondycję to jest moja kilkuletnia praca, w przypadku aklimatyzacji to wcześniejsze kilka dni poprzedzające bieg na wysokości miało bardzo duże znaczenie. Musiałem też poznać szczegóły topografii tego przejścia.

Polecamy również:


Podziel się:
kochambiegacnafestiwalu
kochambiegacwpolsce